America
Singer jest jedną z trzydziestu pięciu wybranych które dostają
możliwość ucieczki z biedy, kastowych podziałowych i
przygnębiającej rzeczywistości a co najważniejsze szansę na
zostanie żoną atrakcyjnego księcia Maxona. Układ tarota który
najlepiej moim zdaniem oddaje klimat książki to Trójka Mieczy,
Wieża oraz Słońce.
Trójka Mieczy oznacza najczęściej złamane
serce, bolesne zakończenie związku ale także prawdopodobny miłosny
trójkąt taki jaki to moim zdaniem najlepiej opisuje sytuacje
pomiędzy głównymi bohaterami. America zakochana w Aspenia który
łamie jej serce, godzi się na udział w Eliminacjach i podejmuje
miłosną rozgrywkę z księciem Maxonem. Niestety pojawienie się
tej karty w rozkładzie oznacza , że ktoś będzie cierpiał a
najczęściej wszyscy, cóż tak to bywa w miłosnych
trójkątach...
Wieża czyli karta Wielkich Arkanów wiąże się z
obaleniem starego systemu wartości, z rewolucyjną,
nieuniknioną
zmiana która ostatecznie wychodzi na dobre. Podobnie jak dla Amy
rozstanie z Aspenem a następnie znalezienia się w pałacu było
właśnie taką zmianą ale tą rewolucyjną siłę widać jeszcze
wyraźniej w dążeniach ludzi do zniesienia systemu kastowego. Karta
ta prowadzi w stronę nieprzewidywalnego i sygnalizuje nadejście
czasów które wywracają wszystko do góry nogami. W Trylogii Kiery
Cass takich momentów zarówno na poziomie emocjonalnym ,osobistym,
ale również i politycznym było bardzo wiele.
Co właśnie
idealnie łączy się z ostatnią kartą dotyczącą przyszłości.
Słońce przynosi radość, bezpieczne wyjście spod gruzów Wieży
która zawaliła się na bohaterów wcześniej, szczęśliwy koniec
na który tak bardzo wszyscy czekali.
Pierwszy tom czytałam nieznośnie
długo, i odkładałam go co jakiś czas. Jednak jeżeli obawiacie
się po nią sięgnąć w języku angielskim to rozwieje wasze obawy
– cały cykl ma naprawdę prosty język z którym bez problemu
można poradzić będąc na poziomie A2/B1. Książki czyta się naprawdę lekko jednak mam do niej
zastrzeżenia dotyczące budowania świata, tak naprawdę mało się
on nim dowiedziałam poza tym, że istnieje monarchia, bieda i
system kastowy a najważniejsza nie jest rewolucja kryjąca się w
krzakach ale jaką suknię założy Amy.
Od dłuższego czasu jestem fanką Sagi
Księżycowej M.Meyer. Cała saga składa się z czterech części Cinder, Scarlet, Cress i Winter a także mniejszych nowel. Każda
część jest w jakimś stopniu retelingiem znanej baśni. Cinder to
Kopciuszek, Scarlett Czerwony Kapturek, Cress to Roszpunka a Winter
Królewna Śnieżka ;). Jednak to co wyróżnia te retelingi od
innych od innych to skrzyżowanie baśni z science fiction . Czegoś
takiego naprawdę nie czytałam ! Pamiętam gdy po raz pierwszy
zanurzałam się w świat Sagi Księżycowej nie mogłam wyjść z
podziwu nad kunsztem Meyer. Kopciuszek jako android, cudo :)
zgnębiona Ziemia przez złych Lunarów a w tle widmo wojny i
nieznanej zarazy (brzmi znajomo ;)
Moje ulubione najpiękniejsze wydanie, niestety Egmont wydał tylko pierwszy tom
Roszpunka w satelicie
Jednak moją ulubioną częścią
jest trzecia część. Cress jak na Roszpunkę przystało jest
uwięziona .. w satelicie w połowie pomiędzy Ziemią i księżycem
i jest hakerem ;) Cress sama w sobie jest cudowną postacią co jest
zadziwiające, że pomimo swojej naiwności i życiu w izolacji jest
jedną z najciekawszych bohaterek z jakimi miałam do czynienia. A
jej relacja z Kapitanem Thornem to cud miód i orzeszki :), dlatego
gdy ją skończyłam miałam okropny książkowy głód ( podobnie jak
po Złym Królu ale o tym kiedy indziej;p) i chciałam jak
najszybciej się dowiedzieć co dalej.
Piękna i szalona Królewna Śnieżka
Niestety ostatnia część, Winter część nie została u nas wydana, dlatego przeczytałam ją po
angielsku. Pierwsze co się rzuca się w oczy gdy bierze się ją do
ręki to jak opasła jest to książka w dodatku napisana dość małą
czcionką. Meyer przeładowała akcją ostatni tom! Cały czas
któryś z głównych bohaterów był porwany, torturowany albo
rozdzielony ze swoją drugą połówką, miałam wrażenie, że
wymieniali się w nieszczęściach do tego stopnia, że te wszystkie
rozstania i powroty, przestały mieć tak dramatyczne znaczenie. I
oczywiście za mało było Cress i Thorna. Nie przypadł mi do gustu
wątek Winter i Jacin, cały czas miałam wrażenie że księżniczka
okaże się w ostateczności złolem(dla mnie była tak pisana i by było było super ;) a sam myśliwy/łowca/książę jak dla mnie był po
prostu mdły w porównaniu do innych męskich bohaterów. Ale to
tylko parę minusów, tak naprawdę to wspaniałe zwieńczenie
doskonałej serii, którą naprawdę trzeba przeczytać ze względu
na wspaniały świat, oryginalnych bohaterów i intrygującą fabułę.
Sagę Księżycową polecam wszystkim którzy szukają czegoś kompletnie nowego, to świetnie zbudowany świat z misternie uknutą rozbudowaną fabułą , konfliktem społecznym,i różnorodnymi bohaterami których można pokochać całym sercem :)
Już jakiś czas temu
nosiłam się z chęcią zrecenzowania kolejnego serialu dostępnego
na Netflixsie. „Zagubieni w kosmosie”. Każdy pewnie słyszał
ten tytuł, jest to re-make serialu emitowanego na antenie w
latach sześćdziesiątych. W 1998 roku powstał też film o tym
samym tytule. Niestety nie mogłam się dokopać do oryginału, więc
będę recenzować ten serial jako zupełnie osoby twór.
Trochę o fabule
Nie robiąc zbyt dużych
spoilerów fabula przedstawia się następująco – statek kosmiczny (The Resolute) wiezie wybranych członków społeczeństwa ludzkiego do alfa
Centauri a dokładnie na jedyną ludzką kolonię, poza układem
słonecznym. Niestety statek na którym podróżują napotyka na problem i cześć pasażerów zostaje ewakuowana na
najbliższą planetę – tu poznajemy naszych głównych bohaterów
rodzinę Robinsonów. Po niezbyt udanym lądowaniu muszą oni stawić
czoła zupełnie nieznanym zagrożeniom nowej, obcej planety.
Tyle jeśli o rys fabularny.
Produkcja familijna
Netflix tak jak i inne
platformy wypuszczają coraz więcej tak zwanych „produkcji dla
całej rodziny". Obawiałam się więc, że dostanę coś
przesadnie „ugrzecznionego". Na szczęście tak się tak nie
stało. Nie będzie tam fontann krwi, wszechobecnego seksu (który
tak uwielbiają twórcy współczesnych seriali) a jeżeli chodzi o
język to i przekleństw za bardzo tam nie usłyszycie. Nie
znaczy to jednak, że serial nie trzyma w napięciu. Wręcz przeciwnie,brak
opisanych przeze mnie aspektów sprawia, że twórcy musieli postawić
na coś innego – cały czas mamy atmosferę niepewności, w tym
serialu zagrożenie czai się wszędzie a pozornie łatwe czynności
mogą pójść absolutnie źle.
Bohaterowie
Myślę, że za „familijność” serialu odpowiedzialni są bohaterowie. Mamy w końcu do czynienia z rodziną, wiec dostaniemy pewien przekrój wiekowy. Zacznijmy od najmłodszych. Will Robinson
jedenastoletni chłopiec, który najprawdopodobniej jest
jakiegoś rodzaju geniuszem skoro często podsuwa rodzicom
rozwiązania z pogranicza chemii i fizyki na które nawet jego matka,
pani doktor by nie wpadła. Przez pierwsze kilka odcinków strasznie
denerwował, ale w miarę jak rozwijała się akcja serialu, to nawet
ja się do niego przekonałam. Prawdopodobnie dlatego, że jedenaście lat skończyłam już dawno
temu i sama nie mam dzieci, to niestety
jego postać jawi mi się jako najmniej ciekawa, ale na pewno
widziałam znacznie gorsze postacie dziecięce.
Judy Robinson, po raz
kolejny mam ten sam zarzut co do młodego Robinsona. Panna lat ledwie
osiemnaście, zdobyła już tytuł doktora medycyny. Ja rozumiem,
że fabula serialu właśnie tak została pomyślana i do podróży na nowa
planetę selekcjonuje się najlepszych przedstawicieli gatunku
ludzkiego, ale to dalej nie zmienia faktu, że niektóre postacie
irytującą bardziej niż inne. Nie mniej jednak kiedy Judy wchodziła
w interakcje z innymi (zwłaszcza siostrą i ojcem) pokazywała nieco
bardziej ludzkie oblicze.
Penny Robinson. Osobiście
poza panem od kurczaka (poboczna postać) moja ulubiona postać w
całym serialu – piętnastolatka która zachowuje się jak
piętnastolatka. Dogryza, ironizuje zajada się oreo, a przy tym
wcale nie jest mniej zaradna i pomysłowa od reszty rodziny. Chyba
aktorka naprawdę dobrze się czuła w swojej roli bo stworzyła
bardzo autentyczna kreacje.
Maureen Robinson. Kobieta sukcesu, matka trójki dzieci tytuł naukowy z
inżynierii i nieprzeciętna inteligencja. Pomimo, że czasami
miało się wrażenie, że jej postępowanie jest niespójne, to w
miarę rozwoju akcji wiele z jej działań znajdowało solidne
wytłumaczenie w doświadczeniach. Twórcy skupili się na pokazaniu
problemów i wyzwań które stoją przed współczesnymi matkami –
kariera, dom, mąż którego nigdy nie ma, dzieci zapatrzone w ojca,
często niedoceniające jej wkładu. W pewnym sensie była to jedna z
samotniejszych postaci w tym serialu.
John Robinson. Inteligentny, (przystojny) oczytany wojskowy. Nidy nie dowiemy się co
dokładnie robił, ale nie był zwykłym szeregowym. Prawdopodobnie
też zarabiał ogromne pieniądze. Wszystko to niestety przepłacał brakiem
czasu dla rodziny, którą bardzo kochał. Jak wielu współczesnych
ojców i matek chcąc zapewnić swoim dzieciom jak najlepszą przyszłość rzucił się w wir pracy, przez co finalnie oddalił
się od rodziny. Należy wspomnieć, że podobnie do swojej ekranowej
małżonki, John nie jest prostą postacią, a jego motywacje i lęki
nie są oczywiste od samego początku.
Do tego trzeba dodać
kilkanaście naprawdę świetnych postaci pobocznych oraz główny
czarny charakter (inteligentna, ale emocjonalnie niestabilna kobieta) i
naprawdę dostajemy serial w którym wielu niezależnie od wieku i
stanu cywilnego znajdzie coś dla siebie. Nawet ja, prawie już
trzydziestolatka bez dzieci, znalazłam postacie z którymi łatwo
było mi się identyfikować. Pamiętajmy o fabule która
zanosi nas na krańce kosmosu a jednocześnie pokazuje, że od
ziemskich problemów uciec nie można. Suma sumarum jesteśmy tylko ludźmi. Ponadto pytania o to do czego człowiek jest w stanie się posunąć dla przetrwania,
co oznacza inteligencja, czym jest człowieczeństwo i czy wolno nam
decydować o tym kogo ocalimy a kogo nie? Każdy z tych elementów (nie zapominajmy o dobrych efektach specjalnych, pięknych zdjęciach i klimatycznej muzyce) sprawia, że dostajemy naprawdę dobry serial po który warto sięgnąć.
Jak często zdarza się
wam wściekać, kiedy wasz ulubiony serial zostaje po prostu
bezceremonialnie skasowany? Żadnych wyjaśnień! Mogli by
chociaż ostatni odcinek uczynić ciekawszym! Oto lista kilku seriali
których szybsze zakończenie wrzuciło mnie w otchłań serialowego
syndromu odstawienia.
Wiem, wiem lista jest
krótka i niepełna, więc proszę czujcie się zaproszeni do
wrzucania tytułów w komentarzach – może trafią na następną
listę.
The Borgias
Ha!
Myśleliście, że będą tylko jedno sezonowe co? Trzeba przyznać,
że przez trzy pełne sezony twórcy serialu przenieśli nas do
renesansowych Włoch. Jeremy Irons jako zepsuty papież Aleksander
VI, Holliday Grainger jako Lukrecja i
zapewne ulubieniec kobiecych fanek serialu François Arnaud jako
Cezare. Na temat historycznej dokładności nie będę się za bardzo
wypowiadać, historii rodu Borgiów nie znam za dobrze, ale plotka
głosi, że chyba na byciu poprawnym historycznie twórcom nie
zależało. Jednak to nie znaczy, że wszystko było tylko mafijną
historią przebraną w ciuszki renesansowej epoki – cały świat
przedstawiony był misterny i dograny – ubrania które noszą
kobiety Borgiów są zrobione z materiałów zgodnych z realiami
epoki, a do tego twórcy operowali barwami, tak aby zgrać je z
intencjami bohaterek. Co jeszcze było w tym serialu dobre? Widać
było napięcie i chemię między postaciami, w porównaniu do wciąż
trwającej Gry o Tron
gdzie każdy uprawia seks z każdym do tego stopnia, że zamiast scen
erotycznych dostajemy sceny, za przeproszeniem, rąbania drewna, tu
mamy prawdziwe napięcie. Dlaczego więc wszystko tak nagle skończyło
się po trzecim sezonie? Odpowiedź: brak pieniędzy, ale nieco inny
niż w przypadku pozostałych seriali na tej liście. Wszystkie te
fantazyjne stroje, renesansowe krajobrazy, rekonstrukcje wnętrz
okazały się tak drogie, że nawet wierne grono fanów nie mogło
tego opłacić. Serial zabił jego rozmach i dbałość o szczegóły.
Almost Human
Pewnie
niewielu z was słyszało o tym serialu... no cóż może dlatego że
skończył się szybciej niż się zaczął. Trwał tylko jeden
sezon. Fabuła nie jest super oryginalna: Przyszłość każdy
policjant ma do pomocy “super hiper androida” i tu pojawia się
nasz protagonista który przynajmniej raz w tygodniu musi mieć
dostarczanego nowego robo-partnera. Jednego użył go jako tarczy
przed postrzałem, drugiego po prostu wyrzucił z jadącego
radiowozu. Wszystko zmienia się gdy przydzielają mu androida który
został zaprojektowany tak aby przypominać ludzi – ma wgrane
różnego rodzaju behawioralne wzorce i umie się uczyć. Tak już to
gdzieś widzieliśmy, więc siadając do tego nie spodziewałam się
niczego oryginalnego. Jednak zostałam mile zaskoczona po pierwszym i
drugim nieco dziwnym odcinku okazuje się, że zarówno nasz ludzki
policjant jak i jego elektroniczny partner mają poczucie humoru. Do
tego pościgi, wybuchy, strzelaniny, czyli wszystko przy czym można
się odstresować po ośmiu godzinach pracy. Mamy też nieco
poważniejszy wątek – co to znaczy być naprawdę człowiekiem,
kiedy ludzie dbają o swój interes, a kiedy już bawią się w Boga.
Jednak ten poważny wątek nie dał się odczuć jako wymuszony i
jak już wspomniałam jest dobrze zrównoważony przez humor. Nie
jest to może genialny serial, ale z pewnością jest to dobry serial
SF na długie wieczory, niewymagający takiego poziomu nerdostwa jak
Star Trek. Szkoda więc było patrzeć jak przyzwoita
produkcja została brutalnie przerwana, zwłaszcza, że niewiele jest
seriali o tematyce androidów.
Houdini and Doyle
I znowu
serial kostiumowy. Tym razem Anglia przełomu epoki wiktoriańskiej i
edwardiańskiej... cóż po sukcesie The Ripper Street i
ciągle powracającym Sherlocku (czy to w Angielskiej czy
Amerykańskiej produkcji) nie można się dziwić, że twórcy znów
postanowili przenieść nas w tę cudowną epokę. Tym razem, jak
tytuł wskazuje, bohaterami są postacie historyczne „wynalazca”
Sherlocka – Sir Arthur Conan Doyle i najsławniejszy iluzjonista
Harry Houdini. Cóż powiedzmy, że historia została tu potraktowana
bardzo lekko – akcja serialu rozgrywa się w Londynie, a wiemy że
większą część życia Houdini spędził w USA, (no dobra wiem,
wiem cztery lata podróżował po Europie), jest też kilka innych
niezgodności, jak na przykład kobieta policjant (Ok, może jest
pokazane, że jej nie lubią i traktują jak sekretarkę, ale należy
pamiętać, że w ten sposób traktowano kobiety w latach 50, 60 i
70, a nie na początku XX wieku). Jednak kilka rzeczy się zgadza –
Harry Houdini jako demaskator spirytystów naraził się swojemu
przyjacielowi Sir Arturowi Conan Doylowi, który z kolei często
szukał duchowego wsparcia u mediów i wróżbitów. Fabuła serialu
została dobrze zapleciona wokół wspomnianego konfliktu. Do tego
nastrój grozy – bo duchy, reinkarnacja i przepowiednie będą się
przeplatać z wątkami kryminalnymi w których to... nie zgadniecie.
Konsultantami policji będą właśnie magik i pisarz (YEY
ORYGINALNE!!!)! Jednak serial był ciekawy – z humorem i lubiło się
główne postacie. Dlaczego likwidować fajny, lekki serial w który
można się wkręcić? Ależ się wkurzyłam...
Firefly
No tak o tym
serialu to już wszyscy wiedzą, że powinien być dłuższy,
youtuberzy zawsze zamieszczają go na tego typu listach, a fani piszą
smętne komentarze. Miałam nie mówić o tym serialu, ale cóż...
obejrzałam go. I wiecie co? Faktycznie szkoda. Minus serialu to
według mnie początek, ja potrzebowałam trochę więcej niż jeden
odcinek żeby się wciągnąć w fabułę. I tak oglądając myślę
sobie – o Boże! Kolejny serial o załodze statku kosmicznego –
mamy twardego kapitana, kobietę lekkich obyczajów, niezbyt mądrego
rambo, kaznodzieje itd. Jak oglądałam serial to myślałam sobie,
takich jest wiele, ale jak skończyłam go oglądać to wiecie co?
Nie znalazłam alternatywy, bo co? Andromeda? Z absolutnie
100% kiczem i żałośnie sztywnym Kevinem Sorbo? Stargate,
który również jest w całości tandetny (z tymże tutaj twórcy
przynajmniej nie próbują udawać, że jest inaczej). Z alternatyw
i tak najlepszą okazała się Ucieka w Kosmos (Farscape),
jednak i ta wypadła bardzo blado.Firefly był dobrze
zmontowany, aktorzy nie byli drewniani, muzyka i nawiązania do
dzikiego zachodu – wszystko to tworzyło wyjątkowy i niezapomniany
klimat. Nie będę może płakać nad tym serialem, lepsze produkcje
były kończone po jednym sezonie, ale poproszę jeszcze raz...
bardzo mocno... o jakąś sensowną produkcję SF o przygodach w
kosmosie bo Star-Treka nie można oglądać w nieskończoność.
Aha i piosenka przewodnia, Szanowny Sonny Rhodes, chcę więcej
takich kawałków!
Constantine
Tak kasacja
tego serialu naprawdę mnie zdenerwowała. Mocno. Dlaczego DC
Legend of Tomorrow ze znaczenie słabszą fabuła ma dwa sezony,
a Constantine tylko
jeden?! I skasowali go właśnie wtedy kiedy zaczęło się robić
ciekawie. Wiem fani komiksu naskoczą na mnie, że serialowy bohater
nie ma nic wspólnego z pierwowzorem. Przyznaje się bez bicia –
nie czytałam komiksu. Wiem, to karygodne, ale niestety. Będę więc
mówić tylko o serialu bez odniesień do komiksowego uniwersum.
Bohater był mroczny, ale nie zachowywał się jakby miał kij w
dupie (jak często ma to miejsce w Arrow), był nieomylny...
no chyba że się akurat pomylił. Rozumiecie o co chodzi? Serial był
lekko mroczny, a główny bohater daleki od moralnie nieskalanego
ideału. Lubiło się go za to. Z jego arogancje, ekscentryzm i
brudne zagrywki. Jednocześnie serial nie był “przegięty” w
stronę ciężkich smutnych wątków. Ja wiem, wiem, dlaczego został
ucięty po jednym sezonie, mała oglądalność – piątek wieczór
to nie moment gdzie większość młodych siedzi przed telewizorem
oglądając serial. SERIO? SERIO? Nie można było emisji przerzucić
na środę? TO BYŁ DOBRY SERIAL!!! Chcę Constantina!
Wiem, że na tej liście
powinno się znaleźć jeszcze kilka produkcji, ale nigdy nie da się
zamieścić wszystkiego.
Zabierzmy się teraz za recenzję książki Światło Cieni Rafała Dębskiego. Imię jest dość znane, jego debiut to opowiadanie Siódmy Liść i od tamtej pory pisał sporo. Oprócz książek SF w jego dorobku znajdziemy też fantasy, powieści historyczne, wojenne, sensacyjne a nawet kryminalne. I możecie być pewni, że wkrótce wezmę jakiś jego kryminał na warsztat, a do dlatego, że Światło Cieni zainteresowało mnie na tyle, żeby przeczytać inne książki tego autora. Aha i uwaga SPOILERY.
Wszystko zaczyna się tak jak wiele książek Science Fiction - obca planeta, ludzka kolonia I “niby” wszystko w porządku. Od razu dostajemy pierwszą zagadkę – członkowie ekspedycji widują zjawy. Może to złudzenie? Może wynik stresu, ale nasz główny bohater – komandor Reuben Vaybar, jako dobry wojskowy dla którego bezpieczeństwo ludzi i wyprawy jest najważniejsze zakłada, że być może jest to coś więcej niż tylko wynik stresu, w końcu są na obcej planecie, trzeba spodziewać się najgorszego. Prawda?
Książkę czyta się od pierwszej kartki z zaciekawieniem, nawet jeżeli nie jest to na co liczyliśmy na początku. Bardziej niż wartka akcja wciąga nas swoista mentalna gra wspomnień głównego bohatera. Powoli poznajemy Vaybara, przechodzimy razem z nim szkolenie, dowiadujemy się o jego nie zawsze zdrowych pragnieniach i o zdarzeniach z przeszłości, ale dzieje się to naturalnie, nie jako odcięte retrospekcje, ale coś spójnego z całością fabuły. Tu należy jasno i wyraźnie zaznaczyć, że wyłącznie za nim podążać będzie narrator, nigdy nie pokaże nam perspektywy Marli, czy Poroya. Światło cieni to historia napisana na jeden głos – głos Vaybara.
Język może być plusem lub minusem, zależnie od tego czego oczekujemy. Jak na twardego pilota floty gwiezdnej zaskakująco rzadko padają tu przekleństwa, z jednej strony nic w tym złego z drugiej ktoś mógłby się przyczepić, że jest to nieautentyczne. I faktycznie czytając książkę miałam wrażenie, że język jest wygładzony, nawet sterylny, ale... sądzę, że o to chodziło autorowi. Język ma nie przeszkadzać, ma tylko prowadzić.
Ok, to mi się podobało, ale było wiele rzeczy które mnie zirytowały. Niektórzy zarzucają książce brak wyraźnie zarysowanego świata. Jest jakaś flota gwiezdna – ale jaka? Kto nią rządzi, jak wielka jest Federacja? Jest inny świat – Cronna ale gdzie ona leży? Poza paroma wzmiankami jaka jest jej wielkość wobec ziemi i jedną przejażdżką głównego bohatera nie dowiadujemy się o tym miejscu zupełnie nic. Wszystko mogłoby się równie dobrze dziać na Marsie, parę set lat po wylądowaniu Apolla na księżycu. Nie do końca zgadzam się z tym zarzutem, z tej prostej przyczyny, że książka jest dla mnie o czymś nieco innym. Poza tym tak serio? Ile poświęcamy czasu na zgłębianie polityki i geografii świata w którym żyjemy? Jest jest dla nas oczywisty. Co tu pisać?
Teraz mój własny zarzut – narracja podąża tylko za głównym bohaterem dlatego w momencie kiedy obcy byt komunikuje się z nim niemal wcale nie mamy wątpliwości, że ten byt istnieje naprawdę. Chyba oczekiwałam lepszej gry pełnej wątpliwości i niepewności – Czy Vaybar naprawdę widzi to co widzi, słyszy to co słyszy, czy może postradał rozum? Zbyt szybko moim zdaniem główny bohater dochodzi do wniosku, że faktycznie ma do czynienia z bytem pozaziemskim. Hej! Ja wiem, że ma być prostym wojskowym, ale nie wierzę, że nikt by się nie zastanawiał, nie powątpiewał, w końcu jest najwyższy stopniem, od niego zależy życie innych, czy to aby odpowiedzialne nie mieć takich wątpliwości? Nie wierzę, że w przyszłości w której ludzie latają na obce planety wojskowi nie byliby szkoleni, żeby zauważać u siebie objawy chorób psychicznych. Tu też po raz pierwszy chyba tak bardzo drażniło mnie, że jedyną perspektywą jest perspektywa Vaybara. Jak na takie zachowanie dowódcy mogli patrzeć inni członkowie ekspedycji, w tym kobieta z którą sypiał? Dodałoby to pełni do całego obrazu, a tak dostajemy nieco dziwną historię jednego bohatera.
Więc w moim odczuciu książka jest... dziwna. Po przeczytaniu miałam pewien niedosyt, zakończenie wydawało mi się urwane – i piszę to wiedząc, że inni to samo zakończenie otwarte, zachwalali. Co jakiś czas chodziło mi po głowie “zmarnowany potencjał”. Z drugiej strony, może nie do końca zrozumiałam książkę. Książka jaką opisałam – na wiele głosów z zagadką typu czy to realne zagrożenie czy tylko wymysł spanikowanego umysłu – już była. Baa, było ich wiele, jedne lepsze inne gorsze. To co czyni Światło Cieni wyjątkową to chyba ten samotny nostalgiczny ton. Jedna perspektywa, jeden człowiek, jedna ocena i brak ostatecznego rozwiązania – urwane zakończenie, tak jak często nagle kończy się życie.
Czytając książkę odniosłam wrażenie, że jest ona w jakimś sensie bardzo osobista. I nie mam urojeń! Potrafię rozróżnić aktora od postaci którą gra, autora od narratora i już na pewno wiem, że poglądy jednego i drugiego wcale nie muszą być (często nie są) takie same. Jednak jest jakaś refleksja i melancholia tak osobista płynąca z tej książki, że niemal wbiła mnie w fotel.
Trudno mi tę książkę polecić, trudno mi ją odradzić. Czasem każdy mam takie momenty w życiu, że potrzebuję się wyciszyć, sięgnąć po inną niż zazwyczaj lekturę. Może właśnie wtedy warto przeczytać Światło Cieni? To na pewno dziwna, ale ciekawa książka. kawoszka24
Netflix to wszystkim znany fenomen, dzięki któremu każdy może sobie legalnie pooglądać całe sezony seriali naraz. Tytułu takie jak House of Cards, Marco Polo czy Jessica Jones w całości zostały wyprodukowane przez ten koncern. I to właśnie za Jessice Jones chciałabym się teraz zabrać. Dlaczego? Cóż.. prawda jest taka, że jestem nerdem i po prostu uwielbiam uniwersum Marvela.
Jeżeli lubicie lateksowe stroje, tajne rządowe organizacje i humor w stylu Roberta Downeya Jr. To niestety tu tego nie znajdziecie. Właściwie z humorem jest w serialu mały problem. Wszystko utrzymane jest w bardzo ciężkim klimacie, z jednej strony Nowy Jork (a dokładnie Hell's Kitchen) pełen jest starych, rozpadających się kamienic, żuli, ćpunów i wariatów. Z drugiej mamy czyste klimatyzowane budynki szklanych wieżowców, pełne zimnych i wyrachowanych prawników, reporterów i skorumpowanych wojskowych. I właśnie tu, między dwoma obliczami wielkiego miasta, pojawia się główna bohaterka – prywatny detektyw z niezbyt finezyjnymi metodami działania. Trzeba nadmienić, że filmowcy wykonali kawał dobrej roboty – czuje się atmosferę całego miejsca, od razu zanurzasz się w kreowany przez twórców świat. Podobnie jak w Daredevill, gdzie operowano odcieniami czerwieni, które zawsze były przy głównym bohaterze, tu fiolet będzie zwiastował głównego antagonistę.
Więc jakim rodzajem superbohatera jest Jessica? Żeby zrozumieć kim była Jessica Jones należy przybliżyć to jak ta postać w ogóle powstała. W 2001 roku Marvel postanowił stworzyć coś dla starszych odbiorców, coś poważniejszego i brutalniejszego. Tak powstał Marvel Max specjalizujący się w treściach tylko dla dorosłych. Pierwszym komiksem który Marvel wypuścił pod tą marką był Alias (2001), w którym to właśnie wprowadzono Jessice Jones. Max wydał też tytuły takie jak Cage (2002), Blade (2002) czy Deadpool Max (2010). Dlatego właśnie w Jessice Jones nie znajdziemy wzniosłych przemów, masy gadżetów ani w ogóle super bohatera. Mamy tylko detektyw z nadludzka siłą która alkoholem próbuje uciszyć traumatyczne wspomnienia.
Dostajemy więc kolejnego protagonistę z problemami i używkami. Brzmi nudno, prawda? I cóż, nuda to coś będzie się przewijało przez tą recenzje dość często. Nasza bohaterka to alkoholiczka, z syndromem stresu pourazowego. Do tego jest bezczelna, złośliwa, często jej moralne wybory pozostawiają wiele do życzenia a gdy skończą się jej argumenty, używa siły. Wszystko oczywiście przyprawione jest najtańszą whisky. Można by rzec taki Brudny Harry, tylko że w spódnicy. Może „tylko” a może „aż”? Kiedy ostatnio widzieliśmy taką kobiecą postać?
Często kiedy bohaterką jest kobieta, jej seksapil to część „oferty sprzedażowej” - stroje i sposób przedstawienia np. Wonder Woman, Miss Marvel czy Batwoman jasno pokazuje, że duża część odbiorców to mężczyźni (od chłopców do starszych panów). I nie chcę tu spłaszczać przez to tych postaci. Ich wygląd nie stanowi przecież wszystkiego, każda z nich ma własną misje i powody, dla których radośnie pomagają ludzkości. Cóż kiedyś sama Jessica w niezłym stroju ratowała ludzi jako Jewel, ale nie tą Jessice dostajemy w serialu. To też nie tak, że Krysten Ritter jest odpychająca, wręcz przeciwnie, moim zdaniem to jedna z ładniejszych aktorek z nie lada talentem.
Ważne jest, że Jessica Jones którą dostajemy jest autentyczna – od zachowania poprzez wygląd. Mamy kobietę z nadludzką siła, ale nie superbohaterkę, seksowną kobietę, ale taką która większość dni spędza na śledzeniu ludzi, robieniu zdjęć z ukrycia, zaś wieczorami zapija smutki w barze lub przed lustrem. Twórcom serialu udało się wyjść z schematu chłopaciary i babo-chłopa i przetłumaczyć Harrego z jego magnum 45 i sprawdzoną marynarką na język kobiet. Być może nie jest to wielce genialna postać, ale na pewno sama kreacja głównej bohaterki to ogromny plus produkcji.
Minusem jest sama fabuła pierwszego sezonu i mówię to z wielkim smutkiem, bo właściwie nie do końca wiadomo co poszło źle. Mamy przecież The Purple Mana, „supervillaina” tak złego, psychopatycznego i inteligentnego, że sam Joker mógłby z nim konkurować, do tego gra go David Tennant! Mamy interesującą bohaterkę, ciekawe postacie poboczne (w tym Luka Cage, który zresztą już też ma własny serial) i bardzo, bardzo złych antagonistów. Zadawałam sobie sama pytanie JAK TO MOGŁO MNIE NUDZIĆ?
Niestety musiałam się przemóc, żeby obejrzeć pierwszy odcinek, a to duży minus, bo pierwszy epizod ma nie tylko wprowadzić bohaterów, ale też podsycić ciekawość. Co jakiś czas fabuła przyśpieszała, co jakiś czas zwalniała, ale było kilka momentów kiedy musiałam przekonywać sama siebie żeby obejrzeć odcinek do końca. Ogólne odczucie jest raczej pozytywne, fabuła była ciekawa, ale przypominało to raczej przebrnięcie przez Zbrodnie i Karę Fiodora Dostojewskiego, niż czytanie książek Alex Kavy. Twórcy serialu na pewno nie pomagają ci się wciągnąć w intrygę, musisz już tego chcieć jak siadasz przed ekran. Częściowo można to zrzucić na sposób w jaki Netflix działa, w przypadku The House of Cards udostępniono od razu wszystkie 13 odcinków sezonu pierwszego, coś czego chyba nikt przed nimi wcześniej nie zrobił. Powstanie mediów strumieniowych sprawiło, że postał nowy gatunek odbiorcy – taki który połyka naraz całe sezony seriali. I choć inaczej sprawa miała się w przypadku Jessici Jones (najpierw udostępniono dwa odcinki), to może stare nawyki scenariuszowe pozostały?
Sam serial ma ciężki klimat, a to dlatego, że porusza trudne tematy – co to znaczy, że chcemy coś zrobić? Na ile ktoś kto nas przymusza i łamie naszą wolę, a na ile wyciąga z nas to co zawsze w nas siedziało? Co chcielibyśmy zrobić, ale się boimy? Czy cel uświęca środki? Czy naprawdę zawsze znamy ludzi, których uważamy, za przyjaciół? I tak dalej... i tak dalej. Więc cóż Jessica Jones to jedna z tych produkcji, która wcale nie jest po prostu Sci-Fi, wszystkie supermoce są tam po to, żeby wyraźniej zadać te pytania, wrzucając odbiorce na coraz bardziej grząski moralnie grunt.
Serial warto obejrzeć. Jednak paradoksalnie niekoniecznie jest on skierowany do typowych nerdów, fanów pościgów, wybuchów i niemal zawsze triumfującego dobra. Ja pomimo tego, że serial nie wywołał u mnie wielkiego „WOW”, z utęsknieniem czekam na drugi sezon.
A tymczasem zwiastun The Defenders w którym to ramię w ramię staną Daredevill, The Iron Fist, Luke Cage i oczywiście Jessica Jones.
Trochę się
do tego zbierałam, zwłaszcza że oba nazwiska są znane, a jedno z
nich to wręcz mistrz gatunku, ale w końcu postanowiłam napisać
pierwszą w moim życiu recenzje porównawczą (jeżeli coś takiego
w ogóle istnieje). Jednym z powodów jest to, że choć polskie
fantasy przeżywa już od Sapkowskiego swoisty renesans i nie znam
kogoś kto by nie czytał przynajmniej jednej polskiej książki
fantasy to science fiction pozostaje nijako w cieniu. Ot taki
zaniedbany, mniejszy brat. Przybliżając więc polskiemu czytelnikowi
ten gatunek chciałabym wziąć na warsztat dwie książki “Eden”
Stanisława Lema i „Łatwo być Bogiem” Roberta Szmidta. Dlaczego
akurat te dwie książki? Ponieważ są skrajnie różne, prezentują
zupełnie inny styl narracji a jednak należą do tego samego
gatunku, który to chcę przybliżyć szerszemu gronu czytelników.
Porwałam się z motyką na słońce, prawda?
Stanisława
Lema nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, myślę że młode
pokolenie dalej jest katowane “Bajkami Robotów”. Nie masz jednak kameleona ponad Lema. Rzadko
się zdarza, żeby pisarz mógł tworzyć tak różne pod względem
stylu, narracji, tematyki powieści i opowiastki jak Lem. Krąży
nawet anegdotka, że sam Filip K. Dick uznał, że Lem to nie
człowiek, a zbiór pisarzy (nazwisko to tak naprawdę akronim), a
wszystko to tylko komunistyczna prowokacja. Sam Dick miał
schizofrenie, więc wszystko jest nieco dłuższą i smutniejszą
historią. Od razu zaznaczam, aby samemu się nie zgubić i nie
skompromitować, że będę omawiać jedno konkretne dzieło –
Eden, należące do wczesnej twórczości pisarza. Z kolei ze Szmidtem część już się zapewne spotkała, jest on
dość znanym pisarzem, w 2000 roku założył czasopismo „Science Fiction”, którego
jest naczelnym redaktorem.
Przez
jakiś czas był nieaktywny twórczo, a w ostatnich latach zabrał
się ponownie za pisanie powieści z gatunku SF. Książka „Łatwo
być Bogiem” to pierwsza część “opery kosmicznej”, więc
samej fabuły do końca ocenić nie będzie można, wkrótce zresztą
na pewno zabiorę się za następną część, a wtedy... może
kolejna recenzja?
Języki i
style...och będzie ciężko. W Edenie Lema mamy do czynienia z
narratorem trzecioosobowym, trudno natomiast mówić o jego
wszechwiedzy – brak wstawek w stylu “choć on jeszcze tego nie
wiedział jego kolacja została już zjedzona”. Ma się wrażenie,
że narrator stara się być idealnie bezstronny, bezosobowy i niemal
niewidoczny. Jego jedynym zadaniem jest opisywanie wydarzeń i
otaczającego świata i sam zdaje się być ograniczony wiedzą
bohaterów. Jest niemal nieperspektywiczny, niemal bo lekkie
podążanie za postaciami jest – ale bohaterowie choć
psychologicznie spójni i prawdopodobni nie są mocno zarysowani.
Trudno wskazać głównego bohatera, jeżeli takowy istnieje. Inaczej
zupełnie sprawa się ma u Szmidta – mamy mocno perspektywicznego
trzecioosobowego narratora. Nasz główny bohater (w sumie, można
mówić o dwóch, ale pierwsza historia urwana została dość
szybko) jest tak charakterystyczny jak tylko może być. Nie brak tu
tragicznych wspomnień, myśli o tym jak uroczo byłoby kogoś po
prostu wysłać w próżnię. Boimy się i wściekamy wraz z
bohaterem i albo go lubimy, albo nie. Mi osobiście bardzo przypadł
do gustu. Mamy tu więc typowy twardy język, charakterystyczny dla
polskiego pisarstwa ostatnich lat.
Trzeba przyznać, że Robert Szmidt bawi się językiem na swój
własny sposób.
Jeśli chodzi o fabułę, to muszę się przyznać, że obie książki wciągnęły mnie
niemal od razu, od pierwszych słów. Jednak każda na swój sposób.
Lem często w swoich książkach wprowadza atmosferę niepewności i
zagadki – wszystko jest obce i inne. Niegroźne z pozoru rzeczy
mogą okazać się mordercze, a te upiorne zupełnie niegroźne. W
Edenie mamy do czynienia z grupą naukowców, rozbitków – i tym
jak odosobnienie, strach przed nieznanym, ale także ciekawość
kieruję bohaterów do różnych działań. Coś jak u Robinsona
Cruzoe, ale lepiej, bohater Defoe był prostym żeglarzem, który nie
był chętny do pakowania nosa w nieswoje sprawy (może słusznie),
bohaterowie Lema to lekarze, inżynierowie, naukowcy, którzy będę
pakować swoje nosy gdzie się da. Mamy więc takie swoiste studium
ludzkiej psychiki – ich choć narrator nie ocenia moralnie
postępowania, to sami bohaterowie już tak. Niejednokrotnie decyzje
budzą wewnętrzny sprzeciw czytelnika. W Łatwo Być Bogiem, jak
zresztą tytuł sugeruje również mamy do czynienia ze swoistą
oceną moralną gatunku ludzkiego, ale jak wspominałam w iście
odmienny sposób. W tym świecie ludzkość bajecznie wręcz
rozpleniła się po kosmosie, sprawiając, że staliśmy się niemal
przekonani o własnej dominacji, ale …. no tak spoilery... cóż
pierwsza część książki wprowadza nas w podobny jak w Edenie
nastrój tajemnicy oczywiście w specyficznym stylu pisarza. Zamiast
grupy naukowców poświęconych sprawie, mamy grupę szabrowników
gdzie każdy kłamie na potęgę. Ciekawość to jedyny motyw który
łączy obie grupy bohaterów. W drugiej części Łatwo Być Bogiem
tajemnicy nie ma, jest za to cała kawalkada psychopatii. Na początek główny bohater trafia do
koloni karnej czując się naturalnie niewinnym. Następnie wyrwany z
jednego piekła trafia do innego, a dokładniej na stację orbitalną
wokół planety na której ludzie odkryli nie jeden a dwa obce
gatunki. Oba stosunkowo prymitywne i w stanie wojny.
Autor poprzez
różnych bohaterów przedstawia odmienne punkty widzenia i racje
moralne. Dość powiedzieć, że jak się zapewne domyślacie ludzie
na danej stacji zaczęli się bawić w bogów. Obie książki zadają
pytania o tym czy kiedykolwiek zabójstwo jest uzasadnione, czy wolno
ingerować w obce sobie nie znane kultury? Wielkie i małe pytanie
przewijają się przez oba utwory, a autorzy osadzając bohaterów w
świecie SF wystawiają nam ludziom, laurkę. Tak wiem stary motyw,
ale częściowe odpowiedzi na nie już nie koniecznie takie stare.