"Niebezpieczeństwo Willu Robinson" - czyli o tych którzy się zgubili

"Niebezpieczeństwo Willu Robinson" - czyli o tych którzy się zgubili




Już jakiś czas temu nosiłam się z chęcią zrecenzowania kolejnego serialu dostępnego na Netflixsie. „Zagubieni w kosmosie”. Każdy pewnie słyszał ten tytuł, jest to re-make serialu emitowanego na antenie w latach sześćdziesiątych. W 1998 roku powstał też film o tym samym tytule. Niestety nie mogłam się dokopać do oryginału, więc będę recenzować ten serial jako zupełnie osoby twór.

Trochę o fabule

Nie robiąc zbyt dużych spoilerów fabula  przedstawia się następująco – statek kosmiczny (The Resolute) wiezie wybranych członków społeczeństwa ludzkiego do alfa Centauri a dokładnie na jedyną ludzką kolonię, poza układem słonecznym. Niestety statek na którym podróżują napotyka na problem i cześć pasażerów zostaje ewakuowana na najbliższą planetę – tu poznajemy naszych głównych bohaterów rodzinę Robinsonów. Po niezbyt udanym lądowaniu muszą oni stawić czoła zupełnie nieznanym zagrożeniom nowej, obcej planety. Tyle jeśli o rys fabularny.



Produkcja familijna

Netflix tak jak i inne platformy wypuszczają coraz więcej tak zwanych „produkcji dla całej rodziny". Obawiałam się więc, że dostanę coś przesadnie „ugrzecznionego". Na szczęście tak się tak nie stało. Nie będzie tam fontann krwi, wszechobecnego seksu (który tak uwielbiają twórcy współczesnych seriali) a jeżeli chodzi o język to i przekleństw za bardzo tam nie usłyszycie. Nie znaczy to jednak, że serial nie trzyma w napięciu. Wręcz przeciwnie,brak opisanych przeze mnie aspektów sprawia, że twórcy musieli postawić na coś innego – cały czas mamy atmosferę niepewności, w tym serialu zagrożenie czai się wszędzie a pozornie łatwe czynności mogą pójść absolutnie źle.

Bohaterowie

Myślę, że za „familijność” serialu odpowiedzialni są bohaterowie. Mamy w końcu do czynienia z rodziną, wiec dostaniemy pewien przekrój wiekowy. Zacznijmy od najmłodszych.  Will Robinson jedenastoletni  chłopiec, który najprawdopodobniej jest jakiegoś rodzaju geniuszem skoro często podsuwa rodzicom rozwiązania z pogranicza chemii i fizyki na które nawet jego matka, pani doktor by nie wpadła. Przez pierwsze kilka odcinków strasznie denerwował, ale w miarę jak rozwijała się akcja serialu, to nawet ja się do niego przekonałam. Prawdopodobnie dlatego, że jedenaście lat skończyłam już dawno temu i sama nie mam dzieci, to niestety jego postać jawi mi się jako najmniej ciekawa, ale na pewno widziałam znacznie gorsze postacie dziecięce.


Judy Robinson, po raz kolejny mam ten sam zarzut co do młodego Robinsona. Panna lat ledwie osiemnaście, zdobyła już tytuł doktora medycyny. Ja rozumiem, że fabula serialu właśnie tak została pomyślana i do podróży na nowa planetę selekcjonuje się najlepszych przedstawicieli gatunku ludzkiego, ale to dalej nie zmienia faktu, że niektóre postacie irytującą bardziej niż inne. Nie mniej jednak kiedy Judy wchodziła w interakcje z innymi (zwłaszcza siostrą i ojcem) pokazywała nieco bardziej ludzkie oblicze.

Penny Robinson. Osobiście poza panem od kurczaka (poboczna postać) moja ulubiona postać w całym serialu – piętnastolatka która zachowuje się jak piętnastolatka. Dogryza, ironizuje zajada się oreo, a przy tym wcale nie jest mniej zaradna i pomysłowa od reszty rodziny. Chyba aktorka naprawdę dobrze się czuła w swojej roli bo stworzyła bardzo autentyczna kreacje. 

Maureen Robinson. Kobieta sukcesu, matka trójki dzieci tytuł naukowy z inżynierii i nieprzeciętna inteligencja. Pomimo, że czasami miało się wrażenie, że jej postępowanie jest niespójne, to w miarę rozwoju akcji wiele z jej działań znajdowało solidne wytłumaczenie w doświadczeniach. Twórcy skupili się na pokazaniu problemów i wyzwań które stoją przed współczesnymi matkami – kariera, dom, mąż którego nigdy nie ma, dzieci zapatrzone w ojca, często niedoceniające jej wkładu. W pewnym sensie była to jedna z samotniejszych postaci w tym serialu.

John Robinson. Inteligentny, (przystojny) oczytany wojskowy. Nidy nie dowiemy się co dokładnie robił, ale nie był zwykłym szeregowym. Prawdopodobnie też zarabiał ogromne pieniądze. Wszystko to niestety przepłacał brakiem czasu dla rodziny, którą bardzo kochał. Jak wielu współczesnych ojców i matek chcąc zapewnić swoim dzieciom jak najlepszą przyszłość rzucił się w wir pracy, przez co finalnie oddalił się od rodziny. Należy wspomnieć, że podobnie do swojej ekranowej małżonki, John nie jest prostą postacią, a jego motywacje i lęki nie są oczywiste od samego początku.



Do tego trzeba dodać kilkanaście naprawdę świetnych postaci pobocznych oraz główny czarny charakter (inteligentna, ale emocjonalnie niestabilna kobieta) i naprawdę dostajemy serial w którym wielu niezależnie od wieku i stanu cywilnego znajdzie coś dla siebie. Nawet ja, prawie już trzydziestolatka bez dzieci, znalazłam postacie z którymi łatwo było mi się identyfikować. Pamiętajmy o fabule która zanosi nas na krańce kosmosu a jednocześnie pokazuje, że od ziemskich problemów uciec nie można. Suma sumarum jesteśmy tylko ludźmi. Ponadto pytania o to do czego człowiek jest w stanie się posunąć dla przetrwania, co oznacza inteligencja, czym jest człowieczeństwo i czy wolno nam decydować o tym kogo ocalimy a kogo nie? Każdy z tych elementów  (nie zapominajmy o dobrych efektach specjalnych, pięknych zdjęciach i klimatycznej muzyce) sprawia, że dostajemy naprawdę dobry serial po który warto sięgnąć.



kawoszka24
To było cholernie piękne Co za cudowna noc na śmierć – czyli współpraca literacka trzech pisarek

To było cholernie piękne Co za cudowna noc na śmierć – czyli współpraca literacka trzech pisarek



Ostatnio złapałam w ręce książkę kryminalną i przyznam, że bardziej niż tytuł, skusiły mnie autorki – tak właśnie aż trzy aktorki. Alex Kava – tej amerykańskiej pisarki nie trzeba za bardzo przedstawiać, szczególnie fanom kryminałów jest autorką ponad dwudziestu książek z czego sama seria z Maggie O’Dell ma 13 tytułów. Przyznam się, że Erici Spinder nie znałam, a to prawdopodobnie dlatego, że pisze głównie thriller romantyczny. J.T. Ellison ma nieco szersze zainteresowania, od romansu przez thriller do kryminału.

Dość już o autorkach, książka nosi tytuł „Cienie nocy” i jest historią opisaną na cztery głosy. Najpierw poznajemy detektyw Stacy Kilian z Nowego Orleanu, ta część historii opisana jest przez Erice Spindler, i zaczyna się można powiedzieć od bardziej obyczajowego wątku. Szczerze? Po pierwszych paru kartkach nie byłam pewna czy chce kontynuować czytanie, ale teraz nie żałuję, że dokończyłam. W dzielnicy francuskiej dochodzi do zabójstwa młodej bezdomnej dziewczyny, tam też po raz pierwszy usłyszymy co do powiedzenia ma morderca. Seria morderstw zabiera nas w podróż przez USA. Kolejno poznajemy Porucznik Taylor Jackson z Nashville, małej miejscowość gdzie praca policyjna i polityka dość mocno idą w parze, choć nasza bohaterka raczej stoi z boku, ta część napisana jest przez J.T. Ellison Jako ostatnia w historię wprowadzana zostaje znana fanom Kavy Maggie O’Dell.

Szczerze miałam większe oczekiwania co do tej książki, w końcu pisały ją trzy znane pisarki. Można to zrzucić na karb tego, że książka jest dość krótka, więc może nie zdążyłam poczuć nastroju nim się skończyła. Inna sprawa jest taka, że jedyną zagadką jest tożsamość mordercy. Jego metody są proste, ale skuteczne. Moim zdaniem autorki nie nakreśliły motywacji mordercy dostatecznie dobrze, ale być może przeczytałam już za wiele kryminałów.



Z pozytywów książki należy wymienić dość dobry reaserch. Dzielnica Nowego Orleanu jest dobrze opisana i jestem przekonana, że gdyby po pozwolić akcji rozwijać się nieco dłużej poczułabym się jaj w jednym z zadymionych pubów. Ponadto wydźwięk historii przypadł mi do gustu – złapanie mordercy to nie czterdzieści pięć minut serialowego CSI, to żmudne miesiące i współpraca licznych służb. Autorki pokazały też jak rozwój technologii pozwala zacieśniać współpracę w celu złapania mordercy. Z wad: zdecydowanie za krótka historia, powiedziałabym, że wręcz nieco banalna.


Muszę być szczera, chyba nie przeczytałabym tej książki jeszcze raz. Nie wiem też za bardzo komu ją polecić – fani kryminałów mogą czuć niedosyt, tak samo wątki romansowe jak i elementy thrillerów są dość nieznaczne. Sądzę, że prawdziwy mól książkowy połknąłby „Cienie nocy” podczas dłuższej podróży pociągiem. Podsumowując: wolałabym trzy lepsze, dłuższe książki napisane przez jedną autorkę niż jedną historię która pozostawia niedosyt. 


kawoszka24
Jestem starszy niż stan Kolorado, wszystkie są dla mnie za młode” - czyli o serialu Wynnona Earp

Jestem starszy niż stan Kolorado, wszystkie są dla mnie za młode” - czyli o serialu Wynnona Earp




Dla porządku serial jest produkcji amerykańsko-kanadyjskiej i jest na podstawie komiksu o tym samym tytule, został  wyprodukowany przez SEVEN24 Films oraz IDW Entertainment, a emitowany jest od 2016 przez telewizję SyFy - To tyle jeżeli chodzi o formalności.

Kowboje dziki zachód i strzelaniny a na samym końcu samotny rewolwerowiec odjeżdżający w stronę zachodzącego słońca… czego tu nie kochać?
Przepraszam, za ten sentymentalny wstęp, ale zdziwił mnie polski artykuł w Wikipedii określający ten serial jako „western”. Z westernu to ma chyba tylko strzelaniny i to nie zawsze przy pomocy rewolweru.

To, że serial nie ma wiele wspólnego z westernem nie znaczy, że nie masy innych ciekawych rzeczy jak… przeklęte przedmioty, demony, potępione dusze, czarna i brudna magia. Sex, narkotyki (w pewnym sensie, ale nie chcę robić spoilerów), zazdrość i zdrada. Dużo lejącego się alkoholu i stara dobra bijatyka też nie są złe. Warto nadmienić, że póki co serial nie ma wad Supernaturals, jak na razie wychodzą odcinki trzeciego sezonu i jeszcze ani jedna postać nie zmartwychwstała dwa razy (choć robi się trochę dziwnie).

Serial zaczyna się od powrotu głównej bohaterki Wynonny do rodzinnego miasteczka – o jakże nic nie sugerującej nazwie – Purgatory (czyściec). Od razu czuć, że prześladuje ją jakaś mroczna przeszłość, nikt za bardzo nie cieszy się z jej powrotu, a znajoma rodziny daje jej gotówkę „na drogę”, przecież nic dobrego z jej powrotu nie może wyniknąć. Może jedyną postacią która jest podekscytowana jej powrotem, to jej siostra Waverly. Oczywiście już w pierwszym odcinku zaczynają się dziać nadprzyrodzone rzeczy i standardowo nie wiadomo komu można ufać… policji? A do tego kręci się wszędzie jakiś tajemniczy koleś, z agencji rządowej… przyjaciel czy wróg?

No dobra jak na razie streściłam pierwsze minuty pilotowego odcinka. Zastanówmy się więc co sprawia, że serial dobrze się ogląda.

Fabuła jest dość prosta i niezbyt nowatorska, główna bohaterka poluje na demony przy użyciu specjalnego pistoletu. Jednak jest kilka różnic w stosunku do seriali podobnego typu – to nie procedural, główna bohaterka nie jeździ po stanach w poszukiwaniu mocnych wrażeń, właściwe cała akcja dzieje się we wspominanym miasteczku i w obrębie tzw. Ghost River Triangle, przeklętego kawałka ziemi z którego „revenanci” nie mogą się wydostać. Właśnie docieramy do najważniejszego czym też są „revenanci” (tak nawiasem funkcjonują jak normalni ludzie wszyscy ich widzą, ale nieliczni wiedzą z kim maja do czynienia) – to ludzie których zabił Wyatt Earp pra-pra dziadek Wynony. Więc mamy wątek wrogów stworzonych przez bohaterów. To kim są i jak powstali jest dodatkową zagadką którą pragnie rozwikłać Wynnona. Jak na razie nie doczekałam się pełnej odpowiedzi. Podsumowując nie jest to może wielce nowatorskie, ale na pewno dobrze pomyślane, serial wciąga od pierwszych minut.

Zanim o postaciach serialowych - mała dygresja Wyatt Earp to postać historyczna dobrze więc zajrzeć do Wikipedii i sprawdzić kim był ten jegomość. Nie jest to konieczne do zrozumienia fabuły, ale na pewno dodaje smaku całej historii.





Główna bohaterka, uwielbia motocykle, pić ogromne ilości alkoholu, całkiem nieźle strzela i nie patyczkuje się jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie. Z drugiej strony nie jest to zrobione specjalnie nachalnie, a ponieważ nie zawsze jej wszystko wychodzi i często musi polegać na pomocy innych da się ją lubić. I to pomimo tego klisze z „wybraną”. Całkowitym przeciwieństwem jest jej młodsza siostra Waverly – sprytna, urocza (może nieco zbyt urocza) nastolatka. Muszę przyznać, że na początku nieco irytowała mnie ta postać, ale szybko ją polubiłam. Jest coś w grze obu aktorek co sprawia że relacje między siostrami wydają się autentyczne. Jest też Xavier zwany Dollem, wspomniany agent rządowy, nie do końca rozpoznawalnej agencji… drogie Panie jest na co popatrzeć, ale do meritum. Pomimo aury „tajnego agencja” okazuje się być całkiem fajnym i miłym gościem. Zupełnie inną postacią jest Doc Holliday, na pewno ma swój cel we wszystkim co robi i przynajmniej na początku nie wiadomo po której jest stronie. Był dobrym przyjacielem Wyatta (bo to jest magia w stylu amerykańskim, więc 200 lat nie stanowi problemu, facet dalej wygląda nieźle), ale podobno go zdradził. Jak? Dlaczego? I kto kogo zdradził? Nie będę robić spoilerów.


Na koniec o samej oprawie. Muzyka doskonale dobrana, bardzo dobra czołówka. Zdjęcia krajobrazów może nie zapierają tchu, ale pozwalają wczuć się w klimat małego miasteczka u podnóża gór skalistych.

Wynona Earp to dobry serial, może nie do końca lekki i przyjemny, bo momentami rozgraniczenie kto ma moralną racje jest bardzo trudne. Nie jednokrotnie zresztą będziemy współczuć „tym złym” i poddawać w wątpliwość metody i działania „tych dobrych”. Jednak nie jest to rozwleczony, przydługi serial w stylu produkcji Netflixa (przepraszam musiałam to napisać, bo drażni mnie, że psute są fabuły z potencjałem). Serial jest dobrze wyważony – mamy trochę mroku i zła, ale jest też humor.
Wszystkich fanów demonów, diabłów, sił nadprzyrodzonych oraz motocykli i rewolwerów serdecznie zapraszam do oglądania.



kawoszka24

Seriale dookoła świata - Hiszpania

Seriale dookoła świata - Hiszpania





Ten wpis powstał pod wpływem mojego pobytu w Hiszpanii i zauroczenia tym krajem. Jako, że sezon wakacyjny trwa w najlepsze, postaram się przybliżyć ten piękny kraj poprzez hiszpańskie seriale. Seriale opisywałam w kolejności chronologicznej odnośnie trwania fabuły.



Czerwony Orzeł czyli  superbohater w siedemnastowiecznym Madrycie



Czerwony Orzeł to produkcja przez którą tak naprawdę wciągnęłam się w seriale hiszpańskie i dała mi motywację choć krótką niestety , słomiany zapał to moje drugie imię do uczenia się tego pięknego języka). Akcja dzieje się w XVI wiecznym Madrycie za czasów panowania króla Filipa IV, głównym bohaterem jest Gonzalo de Montalvo (uwielbiam jak Hiszpanie wymawiają to imię w orginale z tym sycząco-sepleniąco "s" )z pozoru zwykły, dobroduszny nauczyciel ale będący jednocześnie Czerwonym Orłem - bohaterem pomagającym  ludziom w potrzebie, zarówno biednym jak i bogatym. Gonzalo został Czerwony Orłem aby odnaleźć i pomścić zabójców swojej żony, w tym zadaniu pomaga mu nieodłączny towarzysz odpowiedzialny za 90% sytuacji komicznych w tym serialu czyli Satur. Jednym z głównych przeciwników Czerwonego Orła jest Komisarz, który za cel oczywiście postanowił odszukać i zdemaskować naszego protagonistę. Komisarz ubiera się zawsze na czarno, nigdy się nie uśmiecha, nie ma problemów z torturowaniem ludzi, nie rozdaje też chleba ubogim;) Główne postacie kobiece to Margarita, siostra zmarłej żony Gonzala i jednocześnie jego ex a także Markiza de Santiliana, ukochana Komisarza, która choć obecnie jest szlachcianką to wywodzi się z ludu. Obie panie mają dość ciekaw role do zagrania. Oprócz wspaniałych kostiumów i scenografii na uwagę zasługują sceny walk których w tej produkcji nie brakuje.



Gran Hotel - Co się stało z Cristiną Olmedo?



Pierwszy sezon Gran Hotelu obejrzałam jednym tchem, niestety drugi nie był już tak porywający. To połączenie, dramatu, kryminału, thrillera i oczywiście wątków miłosnych. Akcja zaczyna się w 1905 roku gdy,  młody, przystojny ;) Hulio Olmeda (Yon Gonzales, warto zapamiętać grał jeszcze w Telefonistkach główną rolę ) przybywa do Gran Hotelu aby zatrudnić się do pracy jako kelner. Jednak tak naprawdę ma inny cel, chce wyjaśnić zagadkę zniknięcia swojej siostry, która od dłuższego czasu nie daje znaku życia. Z każdym kolejnym dniem poznaje mroczne oblicze hotelu ;) (czyli to co lubimy najbardziej)  a także pracowników i właścicieli hotelu a szczególnie jedną z właścicielek - Alicie Alarcon :). Warto obejrzeć dla kostiumów, czasem naprawdę niesamowitych zwrotów akcji, pięknych widoków i aktorstwa dość odmiennego od amerykańskiego. 



Telefonistki - Dziewczyny od kabla



Jedyna netflixowa propozycja w moim zestawieniu, opowiada o Lidii (Blanca Suárez), Margo (Nadia de Santiago), Carlotcie (Ana Fernández) i Ángeles (Maggie Civantos),czterech kobietach pracujących w madryckiej centrali telefonicznej w latach  dwudziestych  XX wieku. Każda z nich jest jest inna i każda pracuje z zupełnie innego powodu, jednak dla wszystkich praca jest  Carlota pochodzi z bogatej rodziny o wpływowych koneksjach, Marga jest  nieśmiałą, trochę naiwną dziewczyną z małej miejscowości a Angeles żoną i matką. Serial jest wielowątkowy, postacie są dobrze zarysowane ale na plan pierwszy, wybija się Lidia. Losy tej postaci, były dla mnie najciekawsze, ponieważ było to połączenie tego co lubię najbardziej, tajemnicy, sensacji  i  elementów zaczerpniętych z seriali kryminalnych. I podobna sytuacja jak przy Gran Hotelu pierwszy sezon super, drugiego niestety nie dałam rady obejrzeć.




El Barco czyli Apokalipsa po hiszpańsku



W El Barco możemy w pełni dostrzec  różnice różnice między hiszpańskimi a amerykańskimi serialami ponieważ jak większość produkcji z Półwyspu Iberyjskiego łączy w sobie elementy romansu, sci-fi, dramatu, thrillera, kryminału, komedii są tu nawet elementy postapo. Stając się przez to kompletną mieszanką gatunków,  przez co każdy w tym serialu znajdzie coś dla siebie.  Wszystko zaczyna się od momentu gdy grupa niczego nieświadomych niczego uczniów stawia stopy na pokładzie statku  Gwiazdy Polarnej.  Mają się tu uczyć żeglarstwa pod okiem doświadczonych instruktorów. Niestety parę godzin później okaże się, że uruchomienie akceleratora cząsteczek w Genewie doprowadzi do katastrofy w wyniku której większa część  Ziemi zostanie zalana a załoga Gwiazdy zostanie prawdopodobnie jedynymi ocalałymi  ludźmi.  Oczywiście w czasie szukania lądu, oprócz  klasycznych post apokaliptycznych sytuacji problemów związanych z przeżyciem  (choć pamiętajcie to jest serial w dodatku hiszpański, nie spodziewajcie się  realiów  rodem z serii Katastrofa w przestworzach ;) takich jak  ataki zmutowanych stworzeń, czy nagłe zmiany temperatur załoga będzie musiała radzić sobie też z problemami wewnątrz statku. Wiadomo więc, że tajemnice będą się piętrzyć podobnie zresztą jak wątki romansowe.



A wy jakie hiszpańskie seriale polecacie?


Magda Has

Podchodzę do drzwi łazienki, a tam na drzwiach kartka: "Nie wchodzić - zabiłem się" - czyli krótko o Wilczym leżu

Podchodzę do drzwi łazienki, a tam na drzwiach kartka: "Nie wchodzić - zabiłem się" - czyli krótko o Wilczym leżu


Podnoszę książkę, autor znany wszystkim fanom fantasy, tytuł enigmatyczny „Wilcze leże” a na okładce żadnego wilka, tylko waga i czaszka. Pomyślałam, że grafik nie zbyt się postarał. Myliłam się, nic w tych opowiadaniach nie jest takie jakie się wydaje gdy patrzy się na okładkę, a nawet na spis treści.

Nie lubię fanatsy. Nie lubię autora, choć trzeba przyznać, że pióro ma lekkie a jego powieści i opowiadania są klasą sama w sobie. Zastanawiam się jak można napisać recenzję zbioru opowiadań, opowiadań luźno ze sobą powiązanych.

Pierwsze opowiadanie,  Odległe krainy”,  mile mnie zaskoczyło – główny bohater tej opowieści Robert Storm, drobny poszukiwacz antyków, jest zresztą bohaterem pięciu innych opowiadań w tym cyklu. Narracja jest idealnie napisana, pomimo tego, że opowiadanie zajmujące mniej niż pięćdziesiąt stron ma się wrażenie, że zna się Warszawę opisywana przez autora. Ponadto jest tajemnica i pomimo nadprzyrodzonych aspektów można wręcz powiedzieć, że wszystko zahacza o kryminał. Kolejne opowiadania tylko zaostrzyły mój apetyt. W Promieniach X Paweł Skórzewski lekarz w zaborze rosyjskim będzie badał grupę dzieci i zastanawiał się gdzie podziały się wszystkie wilki. Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej musicie zajrzeć. Każde opowiadanie ma nieco inny klimat, każde przenosi nas do innego świata. Muszę przyznać ze najbardziej urzekło mnie „Samobójstwo na Maślicach” może to dlatego, że jestem rodowitą wrocławianką i obecnie mieszkam w innym mieście. Brakuje mi Wrocławia i muszę złożyć osobiste podziękowania Pilipiukowi za to że chociaż na chwilę mogłam wrócić do leniwie płynącej Odry. Inna ciekawa sprawa, że zawsze fascynował mnie Starożytny Egipt po przewróceniu pierwszych kartek wiedziałam już, że muszę opowieść dokończyć. Głównym bohaterem opowieści jest policjant (albo jak sam siebie nazywa archiwista) Paweł Nowak, niestety z jakiegoś powodu nie przypadł mi do gustu tak jak Storm, ale w końcu w opowiadaniach nie chodzi tyle o bohatera co o opowieść. „List z wysokich gór” jest na pewno opowiadaniem które na długo zapamiętam. Na pierwszych stornach uderzają nas opisy przyrody. Górskie szczyty, śnieg, wiatr – ma się niemal wrażenie że idzie się wraz z Robertem Stormem. Po raz kolejny pisarz pokazuje jak dobrze potrafi zarysować świat przedstawiony na zaledwie kilku kartkach. Historia może nie przypaść do gustów typowych fanów fantasy, jest raczej melancholijna. Nie robiąc zbyt dużych spoilerów –Storm pozwoli zakończyć pewną sprawę z 1913 roku.

Mogłabym napisać kilka słów o każdym z opowiadań ale to nie jest chyba celem recenzji. Nie sądziłam, że tak bardzo spodobają mi się opowieści fantasy, ale te opowiadania to nie typowe fantasy nie ma elfów i wampirów nie ma epickiej walki dobra ze złem. Magia tu jest znaczenie bardziej mroczna, cichsza, pełzająca na granicy rzeczywistości. Na pewno zabiorę się za inne cykle opowiadań tego autora. Ten serdecznie polecam i to nie tylko fanom pisarza.

kawoszka24
Kobieta gorsząca czyli  recenzja wyznań gorszycielki Ireny Krzywickiej

Kobieta gorsząca czyli recenzja wyznań gorszycielki Ireny Krzywickiej


To mój drugi post z cyklu o ciekawych kobiet, tym razem będę recenzować  autobiografię Ireny Krzywickiej.



Pisanie autobiografii jest zawsze przedsięwzięciem karkołomnym. Trzeba sobie powiedzieć z góry, że żadną miarą nie da się uniknąć zakłamania. Ten kto z góry sądzi, że będzie całkowicie szczery, myli się, zanim sformułował pierwsze zdanie”. To jedno z pierwszych zdań otwierających autobiografię Ireny Krzywickiej. Zdanie które wydaje się, że rozwiązują problem fikcji i rzeczywistości autobiografii jako źródła, czy też jakiegokolwiek źródła z którym czytelnik może miecz do czynienia. Krzywicka świadomie i uczciwie założyła zgodnie z postmodernistycznym nurtem, że prawda jest tylko interpretacją.  Ciężko ocenić wiarygodność danego źródła gdy sami badacze tworząc dany tekst  nie są wolni od zakłamań. Interpretujemy zdarzenie w danej chwili, co więcej zdarzenie obiektywne nie istnieje. Problemem jest też nasza pamięć, która jest selektywna. “Wyznania gorszycielki” można potraktować jako interpretacje zdarzeń z przeszłości Ireny Krzywickiej. Jest ona oczywiście niezwykle barwna, napisana niesamowitą, dopracowaną technicznie i językowo narracją. Czytając “Wspomnienia..”. będziemy mogli zagłębić się w historię niezwykle silnej, nowoczesnej, postępowej, i kontrowersyjnej jak na swoje czasy kobiety. Jednak w tym kontekście czytelnik powinien zadać sobie pytanie czy czytanie tej interpretacji ma sens? Skoro już sama autorka zakłada, że może nie być wiarygodna. Jednak  nie istnieją źródła wolne od interpretacji, a autor który jest świadomy własnych ograniczeń zasługuje na przeczytanie.

Irena Krzywicka była barwną postacią przedwojennej Warszawy,urodziła się 28 maja 1899 roku w Jenisiejsku na Syberii. Pochodziła ze spolonizowanej, inteligenckiej rodziny żydowskiej. W latach 1917 – 1922 studiowała na wydziale polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. W 1918 roku zadebiutowała swoim pierwszym esejem “Kiść bzu” w czasopiśmie „Pro Arte et Studio”. Po ukończeniu studiów w 1923 roku wyszła za adwokata Leona Jerzego Krzywickiego, syna Ludwika Krzywickiego. Żyła w otwartym związku z mężem i kochankiem –  polskim pisarzem, tłumaczem i satyrykiem Tadeuszem Boyem Żeleńskim. Urodziła mężowi  dwóch synów – Piotra i Andrzeja. 
Współpracowała z wieloma czasopismami  społeczno - kulturalnymi  m.in. „Wiadomościami literackimi”, „Skamandrem”,  i „Robotnikiem. Obracała się w elicie dwudziestowiecznej Warszawy, znała większość pisarzy, literatów i artystów. W 1931 roku założyła Poradnię Świadomego Macierzyństwa.  Podczas wojny musiała ukrywać się pod zmienionym nazwiskiem, jednak jej mąż został zginął w Charkowie, Tadeusz Boy Żeleński został zamordowany we Lwowie a ukochany syn  Piotruś zmarł podczas choroby. Po wojnie pracowała w ambasadzie polskiej w Paryżu, w 1964 roku osiedliła się na stałe we Francji. W latach siedemdziesiątych zaczęła spisywać swój pamiętnik ale ze względu na kłopoty ze wzrokiem, musiała przestać. Nie była w stanie samodzielnie pisać tekstu więc zdecydowała się nagrywać wspomnienia. W 1992 roku opublikowała „Wyznania gorszycielki”. Zmarła 12 lipca 1994 roku we Francji.

Irena Krzywicka doskonale wpisywała się w model nowoczesnej kobiety.  Uważana jest za jedną z głównych przedstawicielek  ruchu feministycznego w przedwojennej Polsce. Żyła w otwartym związku, z mężem za którego wyszła z przyjaźni i mężczyzną którego kochała. „ I oto w najmniej odpowiedniej chwili, jak na złość, po kilkunastu latach niemożności kochania mężczyzny, po małżeństwie z przyjaźnie, po ogniowej próbie „zdrady małżeńskiej”, kiedy już pewna byłam mego stosunku do Jerzego, kiedy wreszcie zamieszkaliśmy razem, [...] właśnie wtedy dopadła mnie miłość i to taka ostateczna dożywotnia”. Była wykształcona, realizowała się w pracy, pisała do czasopism, zarabiała na siebie. Prowadziła aktywny tryb życia, uprawiała sport, chodziła po górach, spotykała się z najważniejszymi ludźmi swojej epoki. Nigdy nie przejmowała się opinią innych, zawsze realizowała swoje cele, nie przejmując się ceną jaką przyjdzie jej za to zapłacić. Jej pamiętnik zdominowany jest wspomnieniami o Boyu. Pojawił się w najmniej oczekiwanym momencie życia i wywarł niesamowity wpływ na jej życie. Boy był dla niej inspiracją, imponował jej swoją dojrzałością, intelektem, kochała go do szaleństwa, była to prawdziwa miłość jak twierdzi Krzywicka. Jednak pomimo tak wielkich emocji które nią targały była w stanie oddzielić “serce od rozumu” i życ jednocześnie z mężem i kochankiem. W swoim pamiętniku podkreśla również jak ważne dla niej są dzieci. Zawsze stały dla niej na pierwszym miejscu ponad kochankiem, mężem czy też pracą.Sama Krzywicka zapytana w wywiadzie, tuż przed ukazaniem się jej książki, co jest najważniejsze w życiu kobiety stwierdziła “Dla mnie macierzyństwo jest na pierwszym miejscu, ważniejsze od wszystkiego”.  Rola męża wydaje się być marginalna w ich wychowaniu. Krzywicka wydaje się  przełamać patriarchalny model rodziny, tak przynajmniej wynika z jej “Wspomnień” jednak trudno na podstawie tego źródła orzec czy wśród większości  rodzin inteligenckich było podobnie.

Na Irenę Krzywicką duży wpływ miała jej matka - Felicja Goldberg (1872 -1959), nazywana przez nią – Maminek. Sam ten zwrot  podkreślać ma bliski kontakt jaki łączył ją i jej matkę. Matka wychowała ją w duchu tolerancji i racjonalizmu, to ona pogłębiała w niej chęć zgłębiania wiedzy. Była silną i zdeterminowaną  osobą,  kiedy jej mąż został zesłany na Syberię, podążyła za nim. Jednak podobnie jak jej córka nie wzięła ślubu z miłości ale z obowiązku.  Po śmierci ojca musiała sama zarabiać na siebie i córkę. Z wykształcenia była dentystką, jednak przekwalifikowała się na nauczycielkę. “Miała niezwykły po prostu zmysł pedagogiczny , wesoła i żywa, otaczała się chętnie młodzieżą” .  Również po tym zdarzeniu  matka Ireny, zamieszkała bez ślubu z mężczyzną którego kochała.  Te wszystkie czynniki musiały w jakimś stopniu wpłynąć na późniejszą postawę Ireny. Jednak pomimo niezwykle ważnej jak by się mogło wydawać  roli matki w życiu Ireny, w samym pamiętniku tak naprawdę jest o niej niewiele. Przytaczana jest w zależności od sytuacji, od potrzeby. Czasem ma się wrażenie, że przytacza się  po aby lśniła w blasku samej autorki. Nie jest podmiotem, mówiącym samym o sobie. Jednak oczywiście  wszystkie te zabiegi mieszczą się w ramach literatury autobiograficznej. Nie jesteśmy w stanie na podstawie tej pozycji, zrekonstruować obrazu dojrzałej kobiety w przedwojennej Polsce.  Dowiadujemy się jedynie że Felicja Goldberg postanowiła pracować jak najdłużej, pomimo tego córka proponowała jej stabilizację finansową. Świadczy to o silnej chęci bycia niezależną kobiety która urodziła się jeszcze w latach siedemdziesiątych XIX wieku.

 Model rodziny w dwudziestoleciu międzywojennym zaczął ulegać przeobrażeniom. Zmiany głównie dotyczyły rodziny inteligenckich ponieważ ich członkowie mieli dostęp do wykształcenia, czy nowych idei. Przemiany związane były to z większą aktywnością  kobiet i zmianom funkcjonowania rodziny. W nowej Polsce uwierzyły we własne siły chciały studiować, spełniać się zawodowo czy pracować w różnego rodzaju organizacjach. Pojawiły się również głosy krytyczne m.in ze strony prezesa Polskiego Towarzystwa Eugenicznego, który twierdził że praca i edukacja zagraża narodowemu i państwowemu bytowi. Jednak nie zapominano też o dzieciach, którymi miała zajmować się nowoczesna kobieta. Zaczęły pojawiać się czasopisma poświęcone opiece nad dziećmi – np dwutygodnik “Dziecko i Matka”. Ukazywały się w nim porady dotyczące opieki nad dziećmi, zdrowego trybu życia, propozycje dotyczące spędzania wolnego czasu.   To czasopismo propagowąło tradycyjny model rodziny, jednak pomimo wszystko w wielu artykułach dawało się zauważyć postępowe trendy, takie jak aktywność zawodowa kobiet czy nawet jej prawo do decydowania o założeniu rodziny.

Irena Krzywicka
Źródło Narodowe Archiwum Cyfrowe

W dwudziestoleciu wojennym, szczególnie w latach trzydziestych XX wieku zaczęto głośno mówić o świadomym planowaniu rodziny.  W Polsce jednym z pierwszych był Boy Żeleński już w 1928 roku w “Kurierze Porannym” napisał cykl na temat prawa  nowego małżeńskiego. W 1933 roku z jego inicjatywy oraz z równoczesnym poparciem wielu ważnych ludzie epoki m.in. Krzywickiej, dr. Zygmunta Radlińskiego, Wandy Melcer utworzono Ligę Reformy Obyczajów. Propagowała  ona ekonomiczne, polityczne i seksualne równouprawnienie kobiet, zapobieganie prostytucji, chorobom płciowym.  Jednym z działań Ligi było wydawanie broszur mających które miały informować jak zapobiegać niechcianej ciąży. Kolejnym krokiem było założenie w  1931 roku pierwszej w Polsce Poradni Świadomego Macierzyństwa, miała ona propagować świadome macierzyństwo, pomagać leczyć bezpłodność i informować kobiety o dostępnych środkach antykoncepcyjnych. Jej celem była także ochrona samotnych matek, nieślubnych dzieci, zwalczanie sztucznego poronienia a także podziemia aborcyjnego które uważane było za niezwykle szkodliwe dla kobiet.  Jej odbiór społeczny był negatywny, spotkała się z krytyką w prasie, nazywano ją “Poradnią Boya”. Satyryk natomiast był obiektem drwin i kpin. Same zainteresowane również niechętnie odwiedzały Poradnie. “Kobiety bały się i wstydziły z niej korzystać”.  Zainteresowanie zmalało również po informacji o tym, że w Poradni nie przerywa się ciąży tylko jej zapobiega. Większość kobiet przychodzących do Poradni, była ciężarna, nie rozróżniano aborcji od zapobiegania ciąży. Kobiety przychodzące tam zwykle pochodziły z biednych robotniczych rodzin, dlatego też  idee przemiany obyczajowej jakie miały się dokonywać w Polsce nie trafiały do tych grup społecznych. Poza tym cała fala krytyki i niechęci jaka otaczała Poradnię nie sprzyjała pozytywnemu odbiorowi osobom które były tym najbardziej zainteresowane – kobietom.

Krzywicka  reprezentowała pogląd nazywany w ówczesnych czasach liberalnym, pochodziła z inteligenckiej rodziny, była zamożna i dobrze wykształcona. Pomimo tego, że jak opisuje w swoim pamiętniku, zawsze starała się pomagać kobietom i innym ludziom w ogóle, nie zastanawia się z czego wynikało tak małe zainteresowanie Poradnią. Nie próbuje, nie potrafi a może nie chce spróbować zrozumieć kobiet pochodzących z warstw robotniczych przychodzących do Poradni. Przez cały pamiętnik możemy dowiedzieć o elicie ówczesnej Warszawy, artystach, lekarzach, prawnikach, ale bardzo mało o ludziach wywodzących się z innych sferach. W momencie zapoznawanie się z “Wyznaniami...”   wydaje się, że ludzie są traktowani wręcz przedmiotowo – tak jak kobiety dla których Poradnia została stworzona a nie dowiadujemy się o nich praktycznie nic. Nawet sprawa Rity Gorgonowej jest przywołana raczej w celu pokazania Krzywickiej jako obrończyni uciemiężonych, jest to w zasadzie świadoma kreacja autorki.

Dwudziestolecie międzywojenne oferowało kobiecie różne sposoby spędzania wolnego czasu, zależało to od stopnia zależności. Krzywicka ze względu na swoje wykształcenie a także środowisko w jakim się obracała, w swoich wolnych chwilach spotykała się   literatami i najważniejszymi ludźmi epoki. Ważnym miejscem była kawiarnia “Ziemiańska” do której wstęp mieli tylko zasłużeni artyści a kobiet było tam bardzo niewiele.  Spotykano się również w domach, najsłynniejsze przyjęcia odbywały się w salonie  u Anieli Zagórskiej. “Był to rodzaj salonu paryskiego, bowiem zebrała się tam tak zwana  elita intelektualna. W tych dwóch skromnych  pokojach  gromadziła się – że tak powiem – cała Warszawa”.  Obowiązkową  wręcz rozrywką były wyjścia do teatru, o sztukach teatralnych potem dyskutowano na spotkaniach towarzyskich.  Kobiety zapoznawano również z wystawami sztuki, a one same oczywiście dużo czytały i  sprawdzały nowości na rynku wydawniczym. Autorka poznała również nowe formy sztuki takie jak kino choć w tamtych czasach, nie było zbyt popularne. Popularne były również wyjazdy do kurortów szczególnie Zakopanego do którego zjeżdżali artyści.
"Wyznania..." warto przeczytać ze względu na niezwykle, żywy i barwny język jakim operuje Krzywicka a także jako ciekawe źródło ówczesnej epoki.

Magda Has

  



Za ścianą - czyli niby-psycholgia (uwaga spoilery!!!)

Za ścianą - czyli niby-psycholgia (uwaga spoilery!!!)



Chciałabym przybliżyć książkę Shari Lapen „Para zza ściany”. Był jeszcze rok 2017, wchodzę sobie któregoś dnia do księgarni w  celu zabicia czasu, nie mam zamiaru nic kupować, ale że księgarnia jest nieco opustoszała przemiła ekspedientka podchodzi do mnie i trudno powiedzieć czy to z nudów (a wyglądała na znudzoną) czy to w wyniku dobrego szkolenia zadaje mi te pytanie: „czy mogę w czymś pomóc?”. Tak jak mówiłam nie chciałam nic kupować, ale jakoś trzeba było kurtuazyjnie wybrnąć. „Rozglądam się, lubię kryminały, ale ostatnio nie wyszło nic nowego” – odpowiedziałam… i to był błąd. Książka „Para zza ściany” została mi przedstawiona jako nowość, opowieść gdzie nacisk nie został położony na samą zbrodnię, a na psychologię sprawcy, ofiary, świadków. Miało być to coś więcej niż zwykły kryminał… i po okazyjnej cenie książkę kupiłam. Udowadnia to dwie rzeczy, po pierwsze nie jestem za grosz asertywna, po drugie reklama zawsze kłamie.



Shari Lapena to kanadyjska autorka wcześniej prawnik i nauczycielka angielskiego (nie jestem pewna czy w tej kolejności) i po jej książkę sięgnęłam po raz pierwszy. Język opowieści jest nieco sztywny. Brak mu lekkości, ale ciężko powiedzieć czy to kwestia autora czy tłumacza (nie czytałam w oryginale), mam jednak wrażenie, że autorka chciała aby język był jak najprostszy, aby nie zdradzać zbyt szybko rozwiązania zagadki. Miało się wręcz wrażenie, że pomimo perspektywicznej narracji chciała aby język pozostał jak najbardziej zbliżony do język dziennikarskiego, ale znowu trudno powiedzieć, tłumacz czy autor?

Jeśli chodzi o fabułę, to niestety nie zgadzam się z panią sprzedawczynią – żadna to nowość, o porwaniach dzieci już było (np. Remigiusz Mróz Zaginięcie; 2016). Mamy dobrze sytuowaną parę małżonków z sześciomiesięczną córką. Mała Cora zostaje na noc w domu podczas gdy rodzice idą na imprezkę, dosłownie za ścianę do sąsiadów, co pół godziny jedno z rodziców opuszcza zabawę żeby sprawdzić czy z dzieckiem wszystko w porządku. W końcu młodzi rodzice opuszczają spotkanie, gdy wracają okazuje się, że córki nie ma.

Książka podzielona jest głównie na trzy perspektywy – ojca, matki i detektywa. Jako pierwszej autorka głos oddaje matce, od razu ma się wrażenie że matka jest niezrównoważona psychicznie, sądzę, że pisarce trochę o to chodziło, nie wiem jednak czy miała na celu absolutne zniechęcenie czytelnika do tej akurat postaci. Nie da się jej lubić, podobnie jest z ojcem dziecka. Tutaj muszę przerwać bo UWAGA SPOILER!!!.  Ojca „znielubiłam” dopiero gdy dowiedziałam się jakie intencje nim kierowały kiedy pomagał w porwaniu dziecka, choć trzeba przyznać, że nawet wtedy nieco go rozumiałam, bo ile można być popychadłem (nie to  żebym pozwoliła szemranemu gościowi zająć się moim dzieckiem kiedy ja będę doić na kasę rodzinę współmałżonka, trzeba mieć ostro pod kopułą).  Jedyną „lubialną” postacią jest tu detektyw, którego wcale nie ma tak wiele, chwała autorce za to że wprowadziła tą postać – spokojnego, niezaangażowanego, nie mającego nałogów i problemów DETEKTYWA. Przepraszam za caps lock, ale mam trochę dosyć współczesnych kreacji detektywów którzy nie do końca mieszczą się w tej definicji. Plus za to.

Nie chcąc zupełnie SPOILEROWAĆ nie zdradzę zakończenia – musicie jednak wiedzieć, że wina ojca dziecka nie jest absolutna. Jednak dla mnie ten zwrot akcji nie był przekonujący. Trochę to było przewidywalne i... naciągane.

Podsumowując dla kogoś kto jest zmęczony ciągłymi  trupami (bo przecież kryminału nie można zrobić o czymś innym, np. kradzież?) oraz maczo-detektywami książka jest dobrym tytułem. Nie rozpędzałabym się, że jest genialna i absolutnie nie zgadzam się opiniami zamieszonymi z tyłu książki ani to skomplikowane ani szokujące. Mogę spokojnie i z czystym sumieniem polecić ten tytuł, ale nie spodziewajcie się, że was czymś szczególnie zaskoczy.

kawoszka24

Lekkie,łatwe i przyjemne - 5 seriali gdy nie ma co oglądać

Lekkie,łatwe i przyjemne - 5 seriali gdy nie ma co oglądać

Lekkie, łatwe i przyjemne - 5 seriali gdy nie ma co oglądać


Dziś druga część mojego postu o lekkich serialach idealnych do oglądania w czasie wolnym.  W tej części prezentuje produkcje, które trwają co najmniej czterdzieści minut. Każda z nich jest na swój sposób inna i prezentuje odmienny gatunek, od seriali superbohaterskich do tych z gatunku paranormalnych.

 
Bibliotekarze - połączenie Doctora Who i Indiany Jonesa

Bibliotekarze to kontynuacja filmowej serii “Bibliotekarz” i utrzymani są w podobnym w klimacie. Jednak aby oglądać serial nie jest potrzebna znajomość wcześniejszych filmów. Fabuła opowiada o grupie ludzie - tytułowych bibliotekarzach, których zadaniem jest odnajdywanie i jednocześnie chronienie magicznych artefaktów i świata przed złymi ludźmi -skojarzenie z Indianą Jones i Doctorem Who jak najbardziej na miejscu. Liderem zespołu jest oczywiście Flynn Carsen,będący również głównym bohaterem w filmach, który jednocześnie powołuje do życia zespół bibliotekarzy. Wśród tej dziwacznej gromady jest historyk potrafiący walczyć, matematyczka,złodziej o wielkim ego i była agentka służb specjalnych. Serial jest świetną odskocznią na ponure, zimowe dni lub dołujące, poważne produkcje, trzeba jedynie zaakceptować lekko absurdalny świat rzeczywisty(nierzeczywisty?) i wiążacę się z nim poczucie humoru. 
 


Zemsta czyli Hrabia Monte Christo w żeńskiej wersji
Zastanawialiście się czasem jak wyglądałaby wersja Hrabiego Monte Christo w żeńskim wydaniu dziejący się w czasach współczesnych w modnym amerykańskim kurorcie? Ten serial wam na to odpowie. Produkcja opowiada o Emily, młodej,bogatej kobiecie wracającej w rodzinne strony, która postanawia się zemścić na rodzinie Graysonów - najbogatszych i najbardziej wpływowych ludziach w miasteczku. Kobieta ma silną motywację, przez Graysonów jej ojciec został niesłusznie skazany a ona sama wysłana do domu dziecka. Najmocniejszą stroną serialu jest misternie tkana fabula a także główna bohaterka grana idealnie aktorkę. Emily choć udaje przed Graysonami uśmiechniętą I dobroduszną, niemalże z sąsiedztwa  dziewczynę, jest w rzeczywistości zimna i wyrachowaną socjopatką a pomimo tego i tak jej kibicujemy.






Flash -ratowanie świata z humorem
Flash to serial na podstawie komiksów DC i część tzw. Arrowerse. Głównym bohaterem jest Barry Allen pracujący jako śledczy w policji. Barry interesuje się nauką a także dziwnymi i trudnymi do wytłumaczenia zdarzeniami ponieważ uważa, że dzięki temu odkryje prawdę o okoliczności śmierci swojej matki. Podczas wybuchu akcelatora cząstek, Barry zostaje zostaje rażony piorunem i zapada w śpiączkę. Po dziewięciu miesiącach budzi się i okazuje się, że zyskał nową umiejętność - niesamowitą szybkość. Tą moc wykorzystuje do walki z przestępczością w swoim mieście. Mocną stroną są bohaterowie, Barry Allen, to postać którą można polubić od razu, wprowadza mnóstwo energii, mnie kupił wiecznym spóźnianiem, pomimo super szybkości :) z kolei Cisco inżynier, jest obdarzony dużym poczuciem humoru, i wymyśla zawsze ksywki przestępcom. Jednak największą zaletą jest główny złoł ale tu nie będę spojlerować ;)


Shadowhunters czyli ludzie, anioły i demony
Gdy znudziły wam się wampiry,wilkołaki i wróżki - czas na nefilimy zwanych Nocnymi Łowcami, ludzi z domieszką krwi aniołów, obdarzonych nadnaturalną siłą, którą mogą dodatkowo podrasować specjalnymi tatuażami. Nocni Łowcy zajmują się wyłapaniem demonów przedostających się do naszego świata i zachowaniem równowagi. Główną bohaterką w serialu jest Clary Fray, która w swoje osiemnaste urodziny dowiaduje się, że jest tytułowym Łowcą, od tego dnia jej życie zmienia się dość drastycznie,(jej matka zostaje porwana)dołącza do grupy Nocnych Łowców i uczy się jak być jednym z nich. Mocną stroną produkcji jest klimatyczna ścieżka dźwiękowa a także ciekawie wykreowany świat. Serial jest na podstawie cyklu książek Casandry Clare „Dary Anioła” jednak dość mocno różni się od oryginału.



The Royals czyli walka o władzę, blichtr i sukienki
The Royals to serial który trzeba oglądać z przymrużeniem oka ;) , opowiada o brytyjskiej, fikcyjnej rodzinie królewskiej jednak jest wyprodukowany przez amerykańską telewizję. I jest to istotna informacja - ponieważ, rodzina królewska przedstawiana jest tam w taki sposób w jaki wyobrażają ją sobie (bądź chcieliby ją widzieć) Amerykanie. Możemy oglądać bogate przyjęcia na których alkohol i inne używki są powszechnie używane, (szczególnie przez księżniczkę Eleanor), próby przejęcia władzy, szantaże, manipuacje(Królowa Helena i Książe Cyrus) i oczywiście dramaty miłosne (zakazana miłość itd :).


Magda Has
Seriale kryminalne z fabułą w przeszłości część 1

Seriale kryminalne z fabułą w przeszłości część 1

Ostatnio piszę tylko serialach SF lub tych z superbohaterami, czas wypowiedzieć się nieco o kryminałach. Przedstawiam wam więc krótką listę seriali kryminalnych dziejących się niekoniecznie współcześnie.

Cadfael 

Przetłumaczony też na język polski jako „kroniki braciszka Cadfaela” nie jest typowym serialem. Przynajmniej nietypowym dla Amerykanów, każdy odcinek to osoba historia i trwa około godziny do półtorej godziny. Więc mamy tu zupełnie inne tempo opowieści. Cały serial zwłaszcza dla młodszego pokolenie może być nieco siermiężny, powstawał we wczesnych latach 90tych. Oczywiście jest produkcji brytyjskiej na podstawie powieści kryminalnych  Edith Pargeter. Głównym bohaterem jest stary mnich z zakonu benedyktynów, były rycerz w wyprawach krzyżowych, który dalej ma dociekliwość młodziaka. Za każdym razem kiedy w  Shrewsbury, mieście w angielskim hrabstwie Shropshire coś się dzieje, nasz dzielny mnich wpakowuje tam swój nos. A nudno nie będzie, rzecz dzieję się bowiem w XII wieku, okresie niepokoi, kiedy to Anglia podzielona była na zwolenników francuskiej cesarzowej Matyldy i Stefana z Blois, siostrzeńca poprzedniego króla Anglików. Nie mamy tu jednak do czynienia z epicką opowieścią polityczną, tylko z serialem skupiającym się na problemach chłopów, mnichów i szlachciców sporego jak na tamte czasy miasta. Tutaj poglądy Cadfaela mogą nam się wydawać nieco… jakby to powiedzieć zbyt łagodne, wręcz nowoczesne. Spaliście przed ślubem? W kościele?! Spoko… hajtnijcie się i po problemie. Z drugiej strony czy kiedykolwiek będziemy w stanie odgadnąć jaka była moralności XII-wiecznego mnicha, o którym należy pamiętać, że do zakonu wstąpił już będąc dojrzałym mężczyzną z doświadczeniem wypraw krzyżowych na swoich barkach. Mamy więc serial trudniejszy w odbiorze niż dzisiejsze CSI Miami, zagadki nie są rozwiązywane od razu, zabiera to czas i nasz mnich wielokrotnie dalej się zmylić fałszywym tropom, kilka razy nie chce wręcz uwierzyć w to kto jest sprawcą. Cała produkcja ma swój klimat i jest wyjątkowa z kilku powodów – przenosi nas do odległych średniowiecznych czasów, o których znaczna część Brytyjczyków chyba zapomniała (przecież jak serial kostiumowy to najpóźniej w wiktoriańskiej Anglii?), pokazuje nam postacie bardziej złożone i o skomplikowanej motywacji jak sam wspomniany braciszek, ale też wielu „zbrodniarzy”. Do tego choć zbrodnie napędzane są tymi samymi emocjami co dzisiaj, to nie wpadlibyśmy na to z jakich powszednich, życiowych problemów mogły wynikać w XII wieku, w Anglii. Mnie się osobiście serial bardzo podobał, ale nie jest to zupełnie lekka, niezobowiązująca rozrywka. Dla wielu akcja może rozwijać się zbyt wolno (czytaj niektórzy mogą się znudzić). Słabą stroną są też poboczni bohaterowie, jeżeli nie komuś nie przypadnie do gustu zakonnik, to właściwie nie ma żadnej innej ciekawej pobocznej postaci która mogłaby zatrzymać widza. Wszystko to sprawia, że serial wpada w kategorię „niedzielna rozrywka dla starszych widzów”. Myślę jednak, że warto zwrócić uwagę na ten serial, chociażby ze względu na nietypowe dla historii kryminalnej tło historyczne.




Murdoch Mysteries

Serial jest produkcji kanadyjskiej na podstawie cyklu powieście Maureen Jennings. Szczerze się przyznam serial ma już dziesięć sezonów, ja jestem na ósmym a zaczęłam serial oglądać dobre parę lat temu. Z tego względu niewiele pamiętam z pierwszych odcinków. Tak jak w większości seriali około czwartego sezonu zaczyna robić się dziwnie. Wymuszone wątki, nietypowe w złym stylu zwroty akcji, kontakty między współpracownikami zaczynają robić się poplątane. Jednak nie zrobiło się aż tak dziwnie, żebym oglądanie serialu zupełnie zarzuciła. A to chyba ze  względu na pocieszne sztampowe postacie – główny bohater, detektyw William Murdoch został wychowany przez siostry zakonne, więc surowe katolickie wychowanie sprawia, że ma jasny kodeks moralny, kobiety traktuje jak damy, przestępców karać trzeba. Do tego posiada analityczny umysł i wykorzystuje rodzące się metody kryminalistyczne. Daleko mu jednak do Sherloka Holmsa, jest zabawny i niezdarny w kontaktach międzyludzkich, zwłaszcza z płcią przeciwną. Jego „minion” – posterunkowy Crabtree jest chyba stworzony po aby był ktoś bardziej społecznie nieprzystosowany. Pani patolog później, psychiatra Julia Ogden to zdeterminowana kobieta bez kompleksów i czasem z niemal rozbrajającą prostotą zbija argumenty mizoginów. Nie wspomnę już o inspektorze Brackenreid, który starym tradycyjnym sposobem biłby wszystkich po…. twarzach. Niemal każda postać która się pojawi w długim dziesięciosezonowym serialu ma pazur. To chyba zresztą jedyny serial któremu małżeństwo dwojga głównych bohaterów nie zaszkodziło za bardzo. Prawdopodobnie dlatego, że wielkie rozterki i sztuczne napięcie między nimi nie było tym co przyciągało widza przed ekran. Na temat poprawności historycznej milczę, tak jak to bywa w produkcjach z tym budżetem pewnie babole się wkradły, ale mnie kilka wątków skłoniło do „zgooglowania” historii Toronto. Murdoch Mysteries nie jest ciężkim ani poważnym serialem. To standardowy procedural którego ogląda się lekko i przyjemnie.



Ripper Street

Po co robić serial o fikcyjnym detektywie w wiktoriańskiej Anglii skoro można zrobić serial z wątkiem opartym na najbardziej znanej serii zabójstw w Londynie?  Mowa tu oczywiście o Kubie Rozpruwaczu, pierwszym, nowożytnym, udokumentowanym seryjnym mordercy, a akcja serialu zaczyna się pół roku po jego  zniknięciu z ulic. Jednak strach dalej nie opuścił mieszkańców Whitechapel i kiedy znowu na ulicy zaczynają pojawiać się ciała kobiet, wszyscy obawiają się powrotu Rozpruwacza. Serial jest utrzymany w mrocznym klimacie. Postacie nie są czarno-białe. Policja często używa przemocy i nikt nie uważa tego za niewłaściwe, w końcu jak inaczej mają złapać przestępcę? Łatwo sobie wyobrazić, że tak właśnie działała policja w tamtych czasach. Główny bohater, detektyw Edmund Reid często korzysta z pomocy amerykańskiego imigranta, lekarza i byłego agenta Pinkertonów. Jak ten jest trzeźwy. Mamy też burdelmamę, która jest bardziej bezwzględna niż większość mężczyzn. Jedną z ciekawszych postaci jest były żołnierz Bennet Drake, na początku przedstawia się nam go jako kogoś pracującego raczej pięściami niż metodami detektywistycznymi. Serial ma, podobnie jak wiele brytyjskich produkcji, wolniejsze tempo niż beztroskie amerykańskie procedurale, jednak zamiast nudzić, moim zdaniem buduje klimat, niemal wierzymy, że chodzimy po ulicach dziewiętnastowiecznego Londynu. Wszystko oczywiście jest brudne, szare i złe. Takie seriale ostatnio lepiej się sprzedają. Serial zakończył się po piątym sezonie i zebrał umiarkowane recenzje.





Agatha Christie's Marple (2004-2013) 

Teraz czas na klasyczny kryminał. Agathy Christie i jej twórczości przedstawiać nikomu nie trzeba. Obok Herculesa Poirot jedną z bardziej rozpoznawalnych postaci stworzonych przez pisarkę jest Miss Marple, której to przygody brytyjskie ITV postanowiło ostatnio „odkurzyć”. Najpierw główną postać grała  Geraldine McEwan (od pierwszego do trzeciego sezonu) zaś później po śmierci poprzedniej aktorki w rolę wcieliła się Julia McKenzie. Zmiana odtwórczyni głównej to zawsze wyzwanie dla twórców serialu i ja nie mogłam się do nowej aktorki przyzwyczaić, moim zdaniem Geraldine znaczenie lepiej oddała główną postać, nadała jej nieco spokojniejszego rysu. Cały serial zrobiony jest z typową dla Anglików manierą – akcja rozwija się wolno, ale przynajmniej moim zdaniem, zamiast nudzić wprowadza nas w świat. Można zarzucić twórcą, że dodali nieco mroczniejszego tonu opowieściom, choć w porównaniu do większości dzisiejszych produkcji jest to zrobione z wyczuciem. Mamy tu też humor, fajtłapowate postacie (albo takie które chcą za fajtłapowate uchodzić) i bohaterów zdeterminowanych i złych. Nie zawsze jednak wszystko jest moralnie jasne. Obok wielkich zbrodni mamy małostkowe ludzkie zachowania. Zdrada, niewierność, zemsta, chciwość lub nawet zwykła ludzka krótkowzroczność są powodem morderstw czy kradzieży. Ten konkretny serial nie jest najlepszą  ekranizacja przygód Panny Marple przynajmniej według ulubieńców książkowych przygód – a to dlatego, że nie zawsze wiernie odtwarza dzieła Christie. Mnie to jednak przy oglądaniu aż tak nie przeszkadzało, ale chyba wszystko jest kwestią gustu. Fani brytyjskiego małego ekranu z pewnością będą zadowoleni.



"Żeby była jasność, użyliśmy właśnie słowa zmartwychwstanie trzy razy" - czyli co może zdziałać czwórka superbohaterów, recenzja The Defenders

"Żeby była jasność, użyliśmy właśnie słowa zmartwychwstanie trzy razy" - czyli co może zdziałać czwórka superbohaterów, recenzja The Defenders

Po sporej wakacyjnej przerwie powracam do blogowania. Za ociąganie się przepraszam, za cierpliwość dziękuję. Aha… UWAGA SPOILERY!!!




Miałam napisać recenzję chwilę po tym jak wypuszczono The Defenders, miałam siedzieć całą noc oglądając serial i z samego rana napisać posta... Ale wiecie co? Nie było po co.
Najpierw szybko wytłumaczę dlaczego się nie śpieszyłam… pierwsze podejście skończyłam na drugim odcinku.

Z jednej strony nie było tak źle. W końcu każdy serial musi się jakoś zacząć. Tylko, że moim zdaniem początek był zbyt… „przeciągnięty”. Nie tyle nudny, co po prostu za długi. Ktoś może powiedzieć, no dobrze, ale nie każdy musi być fanem Netflixa, nie każdy musiał oglądać poprzednie produkcje.  Zgadzam się z tym absolutnie. Problem polega na tym, że cały serial ma osiem odcinków! Osiem! A twórcy przez dwa pierwsze odcinki nie pozwolili nawet spotkać się wszystkim bohaterom.

Jeśli o wprowadzenia chodzi… 
Myślę, że z mojej perspektywy najlepiej wprowadzono Luke’a Cage’a, a to dlatego, że choć nie obejrzałam serialu o tym bohaterze, już pierwszy odcinek wystarczająco nakreślił postać. Ktoś może się kłócić, że przecież obejrzałam Jessicę Jones, a więc już wcześniej poznałam tego pana… może. Jednak to czego się dowiedziałam z wprowadzenia, jest ważne. Był w więzieniu za coś czego nie zrobił, Harlem jest jego domem i będzie bronił go na wszystkie możliwe sposoby. W końcu nawet pani policjant podsuwa mu co może jeszcze dla dzielnicy zrobić. Kogoś stracił podczas „wojny” z bandziorami gnębiącymi jego rewir. Jak mi idzie? Zaznaczam nie oglądałam Luke’a Cage’a. Przede wszystkim jeszcze raz pokazano nam jakim typem człowieka jest Luke, a to ważniejsze niż poznanie jego historii. Myślę, że wprowadzenie Jessici Jones też nie było złe (ale tu już jestem stronnicza). Co, o zgrozo, mnie zdziwiło? Daredevil! Nie mam pojęcie czy polubiłaby tą postać gdybym zaczęła od The Defenders. Przez pierwsze dwa odcinki denerwował mnie jak diabli (taki suchar;)). I nie mówię, że aktor grał źle, wręcz przeciwnie – ten jest stworzony do roli – to skrypt który mu napisano mnie wkurzył. Jeśli zaś chodzi o Danny’ego (The Iron Fist)… cóż zirytował mnie już w pierwszych sekundach pierwszego odcinka, ale z drugiej strony uczynili tę postać tak „nielubialną” w oryginalnym serialu, że nie spodziewałam się niczego innego.

Spotkania. Właśnie o spotkania powinno chodzić w tym serialu. W końcu czworo superbohaterów łączy siły, żeby walczyć o Nowy Jork. I muszę powiedzieć, że popełniłam błąd kończąc na drugim odcinku, bo to właśnie około trzeciego robi się ciekawie.

Najmocniejszą stroną serialu są niewątpliwie kontakty między bohaterami. To nie tylko się kleiło, w to się wierzyło. Każda interakcja pozwalała nam dowiedzieć się czegoś więcej o bohaterze. Wcześniej każdy z nich miał własny powód żeby bawić się w „nocnego mściciela” lub „obrońcę uciśnionych”, z tego powodu poznawaliśmy ich zupełnie inaczej niż w The  Defenders. Serio, nawet Iron Fist kiedy rozmawia lub walczy z Luke’iem jest „lubialny”, tak jakby spotkanie z nim sprawiło, że staje się lepszą osobą (już na pewno mniej drażniącą postacią. Dowiadujemy się nawet, że o zgrozo! MA POCZUCIE HUMORU!!!). Spotkanie Jessici i Matta Murdocka też zrobiono idealnie. Bo gdzie prawnik miałby poznać krnąbrną prywatną detektyw jeśli nie podczas przesłuchania? Sposoby działania bohaterów i ich motywy były realistyczne, przekonujące. Całości nie brakowało też szczypty humoru.

A teraz to co było złe…

Antagoniści. Przez cały serial tak do końca nie pojęłam po co ci „źli” robili to co robili. Chcieli nieśmiertelności? Twórcy wyraźnie dają do zrozumienia, że jakaś „boska ambrozja” czy też „kamień filozoficzny” im się skończył. Tylko, że nic więcej o nich nie wiemy. Tajna organizacja, niemal nieśmiertelni członkowie. Wszystko takie złeeeee! Nowy Jork się trzęsie w swoich fundamentach, ale tak naprawdę nie wiemy dlaczego właściwie „Ręka” chce zniszczyć to miasto? Przez chwilę, na samym końcu serii, miałam nadzieję, że chodzi o powrót do domu. To coś z czym chyba każdy z nas mógłby się identyfikować. Kto nie chce wrócić do domu? Tylko co to jest ten dom? Kun Lun? A nie najechali go wcześniej i nie zabili wszystkich mieszkańców (tak nie obejrzałam też The Iron Fist do końca… hmmm …. ciekawe dlaczego?)

Sigourney Weaver jako najczarniejszy charakter i twórcy dalej to zepsuli? Serio? Co z nimi nie tak, że nawet przy takiej obsadzie potrafią zrujnować wszystko koncertowo?
Kontakt Elektry i Aleksandry mógłby być świetny, a był przeciętny. Mniej więcej w połowie serialu Elektra przypomina sobie kim była, pozostali członkowie „Ręki” stają się wobec niej nieufni. Już miałam nadzieję na co prawda szablonowy wątek – główna szefowa znana też jako Aleksandra spartaczyła „voodoo” przemianę Elektry w idealną broń celowo. Może ta przypomniała jej córkę, albo jakieś inne historie tego typu. To byłby szablon, ale przynajmniej coś ciekawszego niż zasztyletowanie Aleksandry przez naszą zmartwychwstałą, dwa odcinki przed końcem serii. A o co, do cholery, Elektrze chodziło? Tego się nigdy nie dowiemy. Jedyną złą postacią którą się w pewnym sensie lubi jest Madam Gao, ale to prawdopodobnie tylko dlatego, że nikogo lepszego nie było. Poza tym jak dla mnie za dużo, źle zrobionych, „mistycznych bzdur” o „Chi”, „sile”, „większym dobru” i „życiu samym w sobie”. Jasno pokazuje to pojęcie Amerykanów o duchowości dalekiego wschodu… a właściwe o jakiejkolwiek duchowości. Cały ten pseudo-metafizyczny wątek jakoś do mnie nie przemawia.

Czy serial był zły? To zależy do czego go porównujemy:
Jeżeli do Daredevile’a, to tak. Jak do Jessici Jones to właściwie tylko lekko gorszy, poziom „nieklejania” się wątków podobny. Wszystko jest lepsze niż The Iron Fist. Do Luka Cage porównywać nie mogę.
Moim zdaniem dostaliśmy kolejnego średniaka. Może nie totalną katastrofę, ale lekko zmarnowany potencjał. Twórcy postawili sobie poprzeczkę bardzo wysoko, po trzymających w napięciu zwiastunach doprawionych dobrą muzyką, dostajemy przeciętny serial. The Defenders to kolejny przykład ofiary własnego „hajpu” – czyli mówiąc po polsku Netflix nie sprostał oczekiwaniom.

Wiecie co jest w tych produkcjach Netflixa najgorsze? Są nierówne. Nierówne w ramach jednego serialu, zawsze jest coś za co można je lubić, i coś co nasz irytuje. Zaczynam podejrzewać, że twórcy robią to specjalnie. Nie wiem, czy sięgnę po następną ich produkcję.

kawoszka24
Copyright © 2014 Trybun popkulturowy , Blogger