Będąc jeszcze polską imigrantką na niezbyt słonecznych wyspach, miałam mały dostęp do polskich książek (i nie mówię tu o e-bookach, ale o prawdziwych, papierowych książkach takich co to jak są nowe to pachną drukarnią, a starsze biblioteką i kurzem) więc sięgałam czasem po anglojęzyczne pozycje. Dlatego którejś pięknej podroży w przystacyjnej księgarni znalazłam książkę pani Barbary Vine a właściwie Ruth Rendell, która kryje się pod tym pseudonimem. Tytuł "A Fatal Inversion” brzmiał mi nieco tandentnie, ale w końcu nie każda książka musi być genialna. Skusiłam się, bo jestem zdecydowana fanką kryminałów, morderstw i psychopatów. Przyznam się szczerze, że oglądam wszytko od amerykańskich procedurali przez tzw. "True Crime” aż po czytanie klasyków takich jak Agatha Christie i serii o Sherlocku Holmesie. Co mi wiec szkodziło. Na początku język wydawał się trudny, ale po kilku mozolnych dniach wklepywania skomplikowanych słów lub wyszukiwania ich w słowniku przestawiłam się na język Pani Vine i to dosyć szybko. Nie chce tu naturalnie twierdzić, że każde słowo znam z tłumaczeniem, często się gubiłam albo musiałam cofać się o kilka stron. Zasadniczo więc polecam książkę ludziom na średnio zaawansowanym poziomie (nie martwcie się, że
nie ogarniacie tak zwanych „perfektów", o wiele lepiej się je czyta
niż konstruuje, jeżeli rozumiecie, tryby warunkowe to możecie
próbować) początkujący sobie raczej nie poradzi. Osobiście nie wierzę, że
trzeba mieć dyplom z anglistyki, żeby docenić angielską literatura.
Językowi pani Vine chciałabym się jednak przyjrzeć nieco dokładniej. Otóż,
kiedy otworzy się jakąkolwiek angielska recenzję tej książki to od razu
(oprócz wyrazów uwielbienia, od których aż mdli) pojawia się
przyrównanie do Charlesa Dickensa i innych wiktoriańskich pisarzy.
Tak tego samego od "Opowieści Wigilijnej". Jak to przeczytałam
to pomyślałam, że jestem genialna skoro elegancki, wiktoriański język
do mnie przemówił. Cóż Dickensa w oryginale nie czytałam, ale przygody
Sherlocka Holmesa już tak i przynajmniej w mojej opinii porównanie obu języków
i stylów jest mocno krzywdzące dla wiktoriańskich pisarzy
Przejdźmy
jednak do wątku kryminalnego.UWAGA SPOILERY! Dla wszystkich kochających zagadki kryminalne,
detektywów, którzy przenikliwym umysłem lub pięścią i desperacja rozwiązują
zagadki to nie ta książka. Od razu wiemy, kto zabił, przedstawia się nam ich
powoli i stopniowo. Dokładnie trzech panów, wiemy tez, że ofiarą była
kobieta (a może i nie tylko), ale nie wiemy kto to dokładnie jest i jak
to się stało. Motyw zbrodni ukazuje nam się powoli i mozolnie poprzez historię
opowiadaną na trzy głosy. Chwilami było, nudnawo przyznam. Prawdziwą zagadką jest
kto zginął i dlaczego dokładnie, jak głosi napis z tyłu książki nie
zgadniemy a rozwiązanie jest prawdziwym zaskoczeniem. Cóż muszę się przyznać
że dla mnie nie było, bo mogę wskazać kartkę na, której mordercy
wymieniają imię i nazwisko denatki oraz wspominaj że żyje w jakiejś
wiosce. Moim zdaniem Pani Vine albo kompletnie zapomniała o tej
krótkiej wzmiance, albo stwierdziła że czytelnicy zapomną. Bez niej
wszystko byłoby spójne. A tak się tylko wkurzyłam. Oczywiście pisarka
wytłumaczyła to tak, że inna kobieta przyjęła tożsamość zamordowanej, a trup
został pochowany tak, aby mógł być zidentyfikowany jako rzeczona złodziejka
tożsamości. I wszystko pięknie, ale wydaję mi się, że jeżeli
dwójka zbrodniarzy, która jest świadoma podmiany tożsamości rozmawia o "Pani
Malinowskiej, która, podszywa się pod Panią Kowalską to nie wspominają o
tym, że “Kowalska wyjechała gdzieś na wieś, i nie ma z nią kontaktu” tylko
Malinowska (podszywająca się pod Kowalską), zwłaszcza że zarys psychologiczny
postaci jest bardzo sugestywny. Czy tylko ja mam takie dziwne wrażenie, że
ujmowanie tego inaczej jest, po prostu błędem. Czemu tego nie
przemilczała? Czemu? Możecie się ze mną nie zgodzić, może mam wyjątkowo
ograniczony umysł i nie rozumiem wielkiego "twistu w fabule".; font-family: Arial, sans-serif;">Dość jednak tego wyzłośliwiania się nad stylem pani Vine, bo trzeba
przyznać, że choć mocno zawiodła, mój żądny morderstw umysł to zaspokoiła inne
potrzeby. Zanim wyjechałam do Anglii, uznałabym, że konstrukcja psychologiczna
niektórych postaci jest nieco przerysowana ojciec, który nienawidzi syna za to,
że ten odziedziczył posiadłość po dziadku, posiadłość, która miała być przecież
jego, szalona hipiska z torbą pełną ziół. A także kolejny dość mocny
wątek. Społeczeństwo które, wręcz trochę nieświadomie odrzuca kogoś, kto
wygląda inaczej bo mimika jest obca, bo jest według nich w nim coś, co nie
warte jest zaufania.
Podsumowując dla fanów
klasyki w stylu Sherlocka Holmesa nie ma tu za wiele, również wielbiciele Wallandera mogą
czuć się lekko zawiedzeni. Jednak ci, którym to zbrzydło lub ci zainteresowani
czymś nieco głębiej osadzonym w społeczeństwie niż CSI Las Vegas,
zapewne będą bardzo zadowoleni z zakupu. Choć czuć wyraźny jad sączący się tu i
ówdzie, to właściwie książkę polecam – fajerwerków nie ma, ale czyta się ją
dobrze. Może wkrótce zabiorę się za już przetłumaczoną na polski "Skazaną
na pamięć lub "Pamiętniki
Asty".
Magda Has