"Temat wyczerpany, komandorze(...)Teraz pańska kolej" - recenzja książki Rafała Dębskiego "Światło Cieni"

Zabierzmy się teraz za recenzję książki Światło Cieni Rafała Dębskiego. Imię jest dość znane, jego debiut to opowiadanie Siódmy Liść i od tamtej pory pisał sporo. Oprócz książek SF w jego dorobku znajdziemy też fantasy, powieści historyczne, wojenne, sensacyjne a nawet kryminalne. I możecie być pewni, że wkrótce wezmę jakiś jego kryminał na warsztat, a do dlatego, że Światło Cieni zainteresowało mnie na tyle, żeby przeczytać inne książki tego autora. Aha i uwaga SPOILERY.

Wszystko zaczyna się tak jak wiele książek Science Fiction - obca planeta, ludzka kolonia I “niby” wszystko w porządku. Od razu dostajemy pierwszą zagadkę – członkowie ekspedycji widują zjawy. Może to złudzenie? Może wynik stresu, ale nasz główny bohater – komandor Reuben Vaybar, jako dobry wojskowy dla którego bezpieczeństwo ludzi i wyprawy jest najważniejsze zakłada, że być może jest to coś więcej niż tylko wynik stresu, w końcu są na obcej planecie, trzeba spodziewać się najgorszego. Prawda?

Książkę czyta się od pierwszej kartki z zaciekawieniem, nawet jeżeli nie jest to na co liczyliśmy na początku. Bardziej niż wartka akcja wciąga nas swoista mentalna gra wspomnień głównego bohatera. Powoli poznajemy Vaybara, przechodzimy razem z nim szkolenie, dowiadujemy się o jego nie zawsze zdrowych pragnieniach i o zdarzeniach z przeszłości, ale dzieje się to naturalnie, nie jako odcięte retrospekcje, ale coś spójnego z całością fabuły. Tu należy jasno i wyraźnie zaznaczyć, że wyłącznie za nim podążać będzie narrator, nigdy nie pokaże nam perspektywy Marli, czy Poroya. Światło cieni to historia napisana na jeden głos – głos Vaybara.

Język może być plusem lub minusem, zależnie od tego czego oczekujemy. Jak na twardego pilota floty gwiezdnej zaskakująco rzadko padają tu przekleństwa, z jednej strony nic w tym złego z drugiej ktoś mógłby się przyczepić, że jest to nieautentyczne. I faktycznie czytając książkę miałam wrażenie, że język jest wygładzony, nawet sterylny, ale... sądzę, że o to chodziło autorowi. Język ma nie przeszkadzać, ma tylko prowadzić.

Ok, to mi się podobało, ale było wiele rzeczy które mnie zirytowały. Niektórzy zarzucają książce brak wyraźnie zarysowanego świata. Jest jakaś flota gwiezdna – ale jaka? Kto nią rządzi, jak wielka jest Federacja? Jest inny świat – Cronna ale gdzie ona leży? Poza paroma wzmiankami jaka jest jej wielkość wobec ziemi i jedną przejażdżką głównego bohatera nie dowiadujemy się o tym miejscu zupełnie nic. Wszystko mogłoby się równie dobrze dziać na Marsie, parę set lat po wylądowaniu Apolla na księżycu. Nie do końca zgadzam się z tym zarzutem, z tej prostej przyczyny, że książka jest dla mnie o czymś nieco innym. Poza tym tak serio? Ile poświęcamy czasu na zgłębianie polityki i geografii świata w którym żyjemy? Jest jest dla nas oczywisty. Co tu pisać?

Teraz mój własny zarzut – narracja podąża tylko za głównym bohaterem dlatego w momencie kiedy obcy byt komunikuje się z nim niemal wcale nie mamy wątpliwości, że ten byt istnieje naprawdę. Chyba oczekiwałam lepszej gry pełnej wątpliwości i niepewności – Czy Vaybar naprawdę widzi to co widzi, słyszy to co słyszy, czy może postradał rozum? Zbyt szybko moim zdaniem główny bohater dochodzi do wniosku, że faktycznie ma do czynienia z bytem pozaziemskim. Hej! Ja wiem, że ma być prostym wojskowym, ale nie wierzę, że nikt by się nie zastanawiał, nie powątpiewał, w końcu jest najwyższy stopniem, od niego zależy życie innych, czy to aby odpowiedzialne nie mieć takich wątpliwości? Nie wierzę, że w przyszłości w której ludzie latają na obce planety wojskowi nie byliby szkoleni, żeby zauważać u siebie objawy chorób psychicznych. Tu też po raz pierwszy chyba tak bardzo drażniło mnie, że jedyną perspektywą jest perspektywa Vaybara. Jak na takie zachowanie dowódcy mogli patrzeć inni członkowie ekspedycji, w tym kobieta z którą sypiał? Dodałoby to pełni do całego obrazu, a tak dostajemy nieco dziwną historię jednego bohatera.

Więc w moim odczuciu książka jest... dziwna. Po przeczytaniu miałam pewien niedosyt, zakończenie wydawało mi się urwane – i piszę to wiedząc, że inni to samo zakończenie otwarte, zachwalali. Co jakiś czas chodziło mi po głowie “zmarnowany potencjał”. Z drugiej strony, może nie do końca zrozumiałam książkę. Książka jaką opisałam – na wiele głosów z zagadką typu czy to realne zagrożenie czy tylko wymysł spanikowanego umysłu – już była. Baa, było ich wiele, jedne lepsze inne gorsze. To co czyni Światło Cieni wyjątkową to chyba ten samotny nostalgiczny ton. Jedna perspektywa, jeden człowiek, jedna ocena i brak ostatecznego rozwiązania – urwane zakończenie, tak jak często nagle kończy się życie. 

Czytając książkę odniosłam wrażenie, że jest ona w jakimś sensie bardzo osobista. I nie mam urojeń! Potrafię rozróżnić aktora od postaci którą gra, autora od narratora i już na pewno wiem, że poglądy jednego i drugiego wcale nie muszą być (często nie są) takie same. Jednak jest jakaś refleksja i melancholia tak osobista płynąca z tej książki, że niemal wbiła mnie w fotel.

Trudno mi tę książkę polecić, trudno mi ją odradzić. Czasem każdy mam takie momenty w życiu, że potrzebuję się wyciszyć, sięgnąć po inną niż zazwyczaj lekturę. Może właśnie wtedy warto przeczytać Światło Cieni? To na pewno dziwna, ale ciekawa książka.

kawoszka24

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Trybun popkulturowy , Blogger