"Przedmieścia Tenochtitlanu płoną" - czyli o opowieści "Krzyk Kwezala"

"Przedmieścia Tenochtitlanu płoną" - czyli o opowieści "Krzyk Kwezala"



Postanowiłam nieco zmienić swój zakres zainteresowań i przeczytać książkę, nie będącą ani Science Fiction, ani kryminałem. Jest to powieść historyczna z nielicznymi elementami fantasy. Mowa tutaj o książce "Krzyk Kwezala" autorstwa Łukasza Gołębiewskiego.

Łukasz Gołębiewski jest absolwentem wydziału dziennikarstwa i w latach 2000-2017 był dziennikarzem  dla "Rzeczpospolitej" i "Życia Codziennego". Właściwie zaczynał swoją przygodę z literaturą od poezji. Pierwszą głośną książką była "Xenna - moja miłość" i od tamtego czasu napisał jeszcze sporo powieści. Wiele z nich było skandalizujących, poruszało trudne tematy, ale zazwyczaj zbierało dobre recenzje. Dlaczego o tym wspominam? W tym kontekście łatwiej zrozumieć pewne wady i zalety "Krzyku Kwezala".

Zanim kupię książkę zawsze zaglądam na pierwsze strony i czytam krótkie fragmenty, żeby sprawdzić czy narracja przypadnie mi do gustu. Po, co prawda szokującym, pierwszym akapicie miałam wrażenie, że czytam książkę historyczną, albo reportaż. Właściwie nawet mi się to spodobało, ale postanowiłam o tym wspomnieć, ponieważ nie każdy taką narrację lubi. Kiedy sprawa się komplikuje? Kiedy do narracji w tym tonie wkradają się elementy fantastyczne.Czytasz sobie o oblężeniu miasta, a tu nagle koleś zmienia się w jaszczurkę. Może to tylko moje wrażenie, ale zazgrzytało mi to niezmiernie.

Książka opowiada o oblężeniu Tenochtitlan przez żołnierzy Hernanda Corteza. Nie będzie tu jednak przybicia Hiszpanów do brzegów Ameryki, ani pierwszego spotkania z Montezumą. Właściwie akcja zaczyna się na długo po tym, Montezuma już nie żyje, a władze przejmuje jego brat Cuitlahuac. Pomimo iż historia pisana jest na wiele głosów, zarówno historycznych postaci jak Malinche (Doña Marina) jak i fikcyjnych jak Sowa Kwezal to właściwie za żadnym z tych bohaterów do końca nie podążamy. W rezultacie nie ma ani jednej postaci którą się lubi, ani jednego wątku który zapada na w pamięć.

Kwezal to kolorowy ptak, zamieszkujący Meksyk,odgrywający dużą rolę w wierzeniach azteckich


Co, moim zdaniem, jest najgorsze w powieści? Właściwie już o tym napisałam - mnogość postaci, a może też sposób prowadzenia narracji sprawia, że nie można żadnego z bohaterów polubić. Z żadnym się zidentyfikować. Rozumiem, że miało to raczej przypominać swojego rodzaju nietypowy reportaż, prawdopodobnie autor nawet celowo to zrobił, żeby każdy czytelnik mógł sam ocenić, albo przynajmniej być "świadkiem" tamtych wydarzeń. Pamiętajmy jednak, że autor zdecydował się na elementy fantastyczne, fikcyjne postacie i pomimo rzetelnego przygotowania wiele z opisanym wydarzeń musiał dodać sam. Ludzie tam są takie postacie jak Hernán Cortés, jak Malinche, jak Bartolomeu Dias! Naprawdę? Naprawdę trzeba było zrobić to tak.... nudnym. Wracając do Malinche, która mogła zostać jedną z ciekawszych kobiecych postaci dostajemy... pokorną, uległą Indiankę. W ogóle sceny seksu z trzynasto i czternastolatkami mnie obrzydzały, nawet nie ze względu na opis, ale ze względu na to, jak wiele ich było. Ja chcę czytać o oblężeniu Tenochtitlan, o potyczkach w mieście, o planach ataku i obrony, o tym rybaku co przemyca jedzenie do miasta, a nie o tym jak po raz kolejny ktoś ujął młodą, jedną niewyrośniętą pierś, albo "wszedł w nią dziko". Ponownie mam problem, ponieważ nie oszukujmy się tak było. Za żony brało się wtedy dziewczynki dwunasto, trzynasto, czternastoletnie, a Malinche najprawdopodobniej była pokorna i uległa, ale czy autor mógłby się w końcu zdecydować czy pisze reportaż o tym co mogło się wtedy dziać czy powieść z kolesiem zmieniającym się w jaszczurkę? Bo chyba to jest największy zarzut - nie wiem jak mam traktować tę książkę.




Po tym jakże jadowitym akapicie chciałabym zaznaczyć, że powieść ma też mocne strony. Nie można odmówić autorowi wiedzy o tamtych czasach. Nawet nie zauważyłam jak pisarz czerpał z wierzeń europejskich i jak sprytnie je przeplótł z Indiańskimi, dopiero przeczytanie sekcji "Od Autora" mi to uświadomiło. Pierwsze kartki z jednej strony odrzucają, z drugiej uruchamiają tą gorszą część naszego umysłu, która mimo wszystko pozostaje zainteresowana brutalnymi praktykami tamtych ludów. Czytając opis Tenochtitlan, ma się wrażenie, że jest się w tamtym miejscu, przechadza przez korytarze wielkich pałaców, podziemia świątyń i pełne komarów uliczki Moyotlanu. Powinnam może oznaczyć to jako spoiler, ale mam nadzieję, że moi czytelnicy ogarnęli choć tyle z historii aby nie być zdziwionym. W momencie kiedy Tenochtitlan płonęło, kiedy miasto, niegdyś piękne i wspaniałe tonęło we krwi aby w końcu upaść poczułam prawdziwe ukłucie żalu. Myślę, że należą się wyrazy uznania Gołębiewskiemu za sam fakt porwania się na taką tematykę. Ile powstało książek o podboju Meksyku? Ile z nich stara się wniknąć w kulturę i mentalność Azteków i Indian Mezoameryki? I ile z nich napisali Polscy pisarze? Na pewno trochę się z nich znajdzie, ale czy nie mamy znacznie więcej powieści historycznych o starożytnym Rzymie? O Templariuszach czy osiemnastowiecznej Francji?


Podsumowując... nie wiem co myśleć o tej książce. Nie wiem czy mam ją polecać czy odradzać. Pewnie stali czytelnicy Gołębiowskiego by się nie zawiedli, ale czy warto ją polecić osobom które chcą przeczytać powieść osadzoną w innej epoce? Moim zdaniem nie. Mam tylko nadzieję, że moja recenzja pozwoli wam samym podjąć decyzję czy sięgnąć po ten tytuł. Dajcie znać w komentarzach co sądzicie :)

kawoszka24



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Trybun popkulturowy , Blogger